drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dla Pantery

Panterko, to jest właśnie to zdjęcie z Getyngi. A ten jedyny człowieczek
to starszy z Krasnali, który tam trenował  "bieg swobodny przed siebie".
Ale na zawołanie nawet się zatrzymywał. Był grzecznym dzieckiem.


wtorek, 15 sierpnia 2017

O rzeczach różnych....

czyli kolejny mix.
Nadal stoję w rozkroku- pozycja mało efektowna i mało wygodna. Okazuje się,
że w każdym kraju króluje biurokracja. Wszystko musi nabrać mocy urzędowej,
a każdy urzędnik wyznaje zasadę, że pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu
pcheł.
Pogodowe zawirowania mnie  z lekka przerażają ale jakoś nie dziwią - klimat
się zmienia dość szybko, cała Europa "stepowieje".
Wytniemy planowo jeszcze kilka dużych lasów, zlikwidujemy pod inwestycje
wszystkie leśne obszary wokół miast, (które nazywane są ich płucami ),
wybetonujemy calutką Wisłę od żródeł  do Bałtyku, osuszymy wszelkie bagna
i będziemy przodować w tym procesie stepowienia.  To chyba jedyna nasza
szansa na sukces w skali międzynarodowej.
W sieci krążą jakieś mrożące krew w żyłach "przepowiednie" dotyczące dnia
23 września tego roku, możliwości sposobu mającej nastąpić zagłady jest kilka,
można wybierać pomiędzy spadającą na Ziemię asteroidą, inwazją Obcych a
wybuchem kilku superwulkanów ziemskich.
Zastanawiam się co  naród ostatnio spożywa, że takie myśli przelatują mu
w poprzek mózgu i lądują w sieci.
                                                       *****
Krasnale wraz z rodzicami powrócili z wakacji, które w tym roku spędzali na
Sardynii. Bardzo się tam podobało i dzieciom i dorosłym. Córka  zaczyna
podejrzewać, że starszy  Krasnal zaczyna mutować w kierunku delfina- prawie
nie  wychodził z wody i bardzo dużo czasu spędzał na nurkowaniu.
Młodszy z kolei nauczył się właśnie tu nurkowania. Woda w morzu była
niesamowicie ciepła, zresztą temperatura powietrza oscylowała też raczej
w rejestrze wysokich temperatur. Raz tylko zrobili wycieczkę w głąb wyspy,
ale temperatura +45 stopni w cieniu zraziła ich do następnych wycieczek.
Mieszkali w miejscu. gdzie na długości 5 km były tylko dwa hotele.
Nie było żadnych tłumów na plaży cały czas nad plażowiczami czuwali
ratownicy. Krasnale się z lekka "ucywilizowali", każdego wieczoru lądowali
na dziecięcej dyskotece prowadzonej przez "specjalistę", poza tym
dzieciakami opiekowało się kilka młodych dziewczyn.
Krasnale nauczyły się jednej piosenki po włosku.
Młodzi wszyscy operowali głównie angielskim, nie było problemu
z porozumiewaniem się.
W tym czasie "starzy" Krasnali wraz z rodzicami innych bąbli odpoczywali
na wielkim tarasie w pobliżu basenu.
Wśród wczasowiczów przeważali Włosi.
To co uderzyło moich, to fakt,  że wszędzie było bardzo, bardzo czysto,
wczasowicze  sami bardzo uważali nad utrzymaniem czystości i porządku ,
nikomu nie przeszkadzało, że do najbliższego kosza na śmiecie trzeba było
dojść około 50 metrów.
Od dziś Młodszy Krasnal idzie do  szkolnej świetlicy, by poznać swoich
przyszłych kolegów, szkołę, wychowawców.
Bardzo jest przejęty, ale w pozytywny sposób, bo ostatni rok w przedszkolu

intensywnie ich przygotowywano do życia szkolnego.
Starszy Krasnal zmienia szkołę, ostatnie dwie klasy podstawówki będzie
kontynuował w gimnazjum wg rozszerzonego programu.
Moi zastanawiają się nad ponowną wyprawą na Sardynię ale w nieco innej
porze- może na święta wielkanocne i tym razem w okolice górskie. Tam
są całkiem niezłe góry,najwyższe szczyty dochodzą do ponad 1800 metrów.
                                                           *****
 A poza tym- nic na działkach się nie dzieje;)
Zaczynam pomału się żegnać ze znajomymi, nawet z tymi, którzy na mój
widok wymownie stukają się w głowę.
I sprawdzam co jeszcze powinnam w wyposażeniu domowym wymienić
i zakupić tu, bo jakby na to nie patrzeć będę dostawała pieniądze stąd, a
wydawała je tam, po kursie nabycia euro. A ten nie wygląda zachęcająco.
No cóż, znów się nieco spózniłam z decyzjami;))



poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Mix

Po raz kolejny przekonałam się, że wzajemne sympatie  blogowe, przeniesione
w świat realny - sprawdzają się.
Po kilku latach znajomości blogowej, wreszcie udało mi się poznać "Iw-nową"
w realu.
Jest  właśnie taka jak na  swym blogu - zorganizowana, myśląca i bardzo,
bardzo miła.
Zawsze nam coś stawało na przeszkodzie by się spotkać, a teraz wreszcie się
udało!
Byłam nawet nieco stremowana, bo odkąd szykuję się do wyjazdu mieszkanie
moje nie grzeszy porządkiem, a zresztą tak naprawdę jestem bałaganiarą i
często utrzymanie ładu jakoś mi nie wychodzi.
Mam nadzieję, że w sytuacji, gdy będę mieszkać na trasie zawodowych
wędrówek Iw, będziemy się częściej spotykać.
Wiecie co - Iw jest taką młodą kobietą z której każda mama musi być dumna.
A do tego wszystkiego jest miła i "ciepła".
I (jak to mówią faceci) - prawdziwa "lasencja"- ładna buzia, świetna figura.
Wpadła chyba mojemu w oko, bo jakimś cudem natychmiast zapamiętał
Jej imię!!!
                                            ******
                               
Snuję się po domu niczym przysłowiowy Marek po  piekle. Oglądam
"dobytek" i czaszkuję intensywnie co zabrać a z czym się definitywnie
rozstać. Na razie nabyłam dwie  nowe, sympatyczne patelnie na
kuchenkę indukcyjną i dokonałam epokowego wręcz odkrycia- mam od
roku  aż trzy garnki nadające się  "na indukcję"!
Po raz pierwszy przyjrzałam się dokładnie znaczkom wyrytym na ich dnie
i rewelka- nadają się!
A kupiłam je ponad rok temu, kierując się tylko i wyłącznie tym, by
posiadały bardzo grube dno.
Wygląda na to, że garnków mi nie zabraknie, bo producent płyty
indukcyjnej dodaje do kuchenki też  ze  3  garnki. Obym tylko zawsze
miała co w te  garnki włożyć;)
Na razie wiem jak będzie umeblowany pokój ślubnego- po prostu tak
samo jak teraz, bo zabiera wszystkie swoje meble.
Jeden problem będzie z głowy.
Umeblowanie kuchni też już jest mi znane. Martwi mnie przedpokój -
jest diablo wąski i na dodatek jest w nim...kaloryfer. Przedpokój jest
w tym mieszkaniu długą, wąską kichą, co przy jego wysokości ponad
trzy metry nie robi najlepszego wrażenia. Przydałby się pawlacz.
Przecież trzeba gdzieś trzymać dodatkową pościel i "niesezonową"
w danym momencie odzież.
Denerwuje mnie to, że nadal nie bardzo wiem  co z pozostałymi
meblami, podejrzewam, że pierwsze tygodnie będę spędzała w średnio
miłym towarzystwie pudeł zamiast mebli.
Miałam zamiar kupić meble u nas, ale  moje przytomne dziecię
zwróciło mi uwagę, że jeśli kupię je "w paczkach", a potem, w czasie
montażu okaże się, że czegoś brakuje lub jest uszkodzone, to będzie
problem z reklamacją. Więc lepiej to samo kupić już na miejscu.
Czeka nas trochę "latania" w tym tygodniu, więc mam nadzieję, że upały
wreszcie się skończą.
Ze smutkiem zauważam, że z roku na rok coraz gorzej znoszę upały.
Niedługo będę śpiewać   "to idzie starość, starość, starość i śpiewa"-
zupełnie jak w pewnej marszowej piosence rodem z PRL- tyle tylko,
że wtedy było: "to idzie  młodość, młodość i śpiewa radośnie"...
                                         ******
Na kanale Planete+ udało mi się dziś obejrzeć  całość , czyli trzy
odcinki filmu dokumentalnego "Krew i złoto-jak powstała Hiszpania".
Jeżeli kiedyś wpadnie Wam w oko ten tytuł to gorąco polecam. Film
zrobiony niezwykle starannie, dużo ciekawych wiadomości od zarania
dziejów, czyli od czasu podboju tych terenów przez Rzymian aż do
czasów obecnych. Naprawdę warto obejrzeć, bo po pierwsze nikt z nas
nie wyniósł takich wiadomości ze szkoły, a poza tym historia innych
krajów pomaga nam w rozszyfrowywaniu naszej własnej historii,
znajdywaniu wielu analogii.
A potem jeszcze na tym samym kanale obejrzałam kolejny odcinek
cyklu "Magia przyrody", czyli odkryłam kolejne cuda  Francji - bo
Francja to nie tylko Paryż, Luwr, i zamki nad Loarą.Śledzę ten cykl
z zapartym tchem i zachwycam się estuarium Sekwany, bretońskimi
wysepkami, wysepkami na  Kanale La Manche, i pejzażami nad
tym kanałem. A dziś był odcinek o Kraju Basków.
Jednym słowem zrobiłam sobie kilka godzin przed telewizorem, ale
czuję się rozgrzeszona- cały czas "dziabałam na drutach" i jakimś
cudem nie ominęłam żadnego oczka.
Zdolniacha ze mnie, no nie???;)))))))
W nagrodę za poczytanie posłuchajcie ulubionej mojej muzyki;)



czwartek, 3 sierpnia 2017

Dziś mój kolejny....

 ......bardzo lubiany przeze mnie malarz.
                                                    Autoportret  1873 r

"Dzieła malarza powiedzą o człowieku więcej, niż wszystko to, 
  co mogliby napisać dziennikarze." 

"Malarstwo, sztuka w ogóle, urzekają mnie. To istota mojego życia.
Reszta jest dla mnie niczym."

"Praca jest wspaniałym regulatorem zdrowia psychicznego i
fizycznego. Zapominam o wszelkich smutkach, bólach i
zgorzknieniach, nie zdaję sobie z nich sprawy , kiedy jestem
pochłonięty radością pracy."

"Szczęśliwi ci, którzy widzą piękno w miejscach zwykłych, tam gdzie
inni niczego nie widzą!
Wszystko jest piękne,wystarczy tylko umieć dobrze spojrzeć.

Te wszystkie mądre słowa napisał Camille Pissarro.
Urodził się 10 lipca 1830 roku na wyspie Saint-Thomas, dzisiejszych
Amerykańskich Wyspach Dziewiczych, wówczas zwanych duńskimi
Antylami.
Ojciec Pissarra pochodził z Bordeaux a na wyspie zamieszkał w 1824
roku, gdzie otworzył dobrze prosperujący sklep z pieczywem.
Camille, gdy ukończył 12 lat  został wysłany do szkoły we Francji.
Przez pięć lat mieszkał w Passy, niedaleko Paryża. 
Od najmłodszych lat Camille przejawiał zamiłowanie do rysunku i
podczas tego pięcioletniego pobytu  każdą wolną chwilę spędzał 
w Luwrze.
Po zakończeniu nauki wrócił na wyspę i zaczął pracować w sklepie
swych rodziców. 
W każdej wolnej chwili zapełniał szkicami wszystkie  zeszyty, czerpiąc
natchnienie z otaczającego go świata. 
Były to rysunki egzotycznych roślin, sceny z życia portu, wyspiarskie
krajobrazy.
W tym okresie spotyka Fritza Melbye'a, duńskiego pejzażystę i w jego
towarzystwie maluje pierwsze obrazy. 
W kilka miesięcy pózniej razem uciekają do Caracas. Pissarro nie jest
w najmniejszym stopniu zainteresowany prowadzeniem sklepu.
Po powrocie z Wenezueli z wielkim trudem udaje mu się przekonać
ojca, że zupełnie nie nadaje się do prowadzenia interesów i handlu.
W 1855 roku wyjeżdża do Paryża, by podjąć studia malarskie.
Akurat w tym czasie w Paryżu odbywa się Wystawa Światowa  i
Camille w czasie jej zwiedzania zapoznaje się z dziełami malarzy
 nieco starszego pokolenia: Corota, Milleta,Daubigny'ego, Delacroix,
Ingresa. Zachwycają go dzieła Couberta .
Uczęszcza do kilku szkół naraz. 
Najbardziej jest zainteresowany twórczością Corota, uznając tego malarza
za swego mistrza. Aż do roku 1865 pokazywał mu wszystkie swoje obrazy 
i analizował szczegółowo wszystkie jego uwagi. 
W Academie Suisse Pissarro spotyka przyszłych impresjonistów: wpierw
Moneta, potem Cezanne'a , Renoira i Sisleya.
W 1859 roku organizowany przez państwo Salon przyjmuje do wystawienia
pierwsze jego prace.
W tym też okresie zawiązuje się jego wieloletnia  przyjazń z malarzem
amatorem Ludovicem Piette, która przetrwała do ostatnich dni życia .
Piette wielokrotnie pomagał  mu, między innymi udzielając gościny w swej
posiadłości w Montfoucault na zachodzie Francji.
Rok pózniej Pissarro poznaje Julię Vellay, urodzoną w Burgundii, osiem
lat od siebie młodszą. Są parą, na świat przychodzą dzieci , ale ślub z Julią
nastąpi dopiero w 1871 roku, podczas ich londyńskiego wygnania. 
Od chwili narodzin pierwszego dziecka, przez całe następne lata będą ich
prześladować nieustające kłopoty finansowe.
Malarstwo Pissarra rozwija się, wyzwala się spod wpływów Corota , ale
to wszystko nie przekłada się na sprzedaż obrazów, choć aż do 1870 roku
Pissarro regularnie wystawia swe prace w oficjalnych Salonach. 
Często w ramach ratowania domowego budżetu Pissarro maluje
ozdobne wachlarze.
Od 1869 roku Pissarro staje się prawdziwym impresjonistą.  Wzrasta jego 
wrażliwość na światło, kolor, zmiany krajobrazu zależne od pory dnia.
Zaczyna malować w nieco mniejszych formatach, stosuje jaśniejsze kolory, 
ale jego przywiązanie do przemyślanych kompozycji obrazu wyniesione 
od Corota sprawia, że jego impresjonizm pozostaje oryginalny.
Podczas wojny francusko-pruskiej Pisarro wraz z rodziną wyjeżdża do
Londynu. W Londynie  spotyka Moneta, z którym  razem zwiedzają 
muzea, zachwycają się malarstwem Turnera i Constabla i poznaje tam
marszanda Durand-Ruela, który przez wiele lat wspierał impresjonistów. 
W czerwcu 1871 roku Pissarro wraca do Francji. Jego dom i duża część
obrazów uległy zniszczeniu, więc przenoszą się do Pontoise.
Następne  3 lata przynoszą nieco oddechu - po raz pierwszy jego obrazy
znajdują nabywców i kłopoty materialne maleją.
Jest rok 1874 - Pissarro wraz z Monetem organizują pierwszą wystawę
impresjonistów.
To niedobry dla Pissarra rok -  jego  dziewięcioletnia córeczka Jeanne umiera, 
a wystawa impresjonistów zostaje zlekceważona, wyśmiana przez krytyków.
Po raz pierwszy Pissarro zaczyna wątpić w swój talent i w słuszność
wybranej przez siebie techniki. 
Ale pomimo tylu przeciwności jego talent, jakby na przekór, rozwija się
nadal. Poszukuje nowych kierunków rozwoju, na jego obrazach zaczynają
ukazywać się postacie ludzi. Zmienia się też faktura jego płócien , farbę
kładzie nieco inaczej niż w technice impresjonistycznej. Maluje, jak kiedyś,
szerokimi pociągnięciami pędzla, zaczyna również pracować z pastelami,
zgłębia też świat sztuki grawerskiej. 
Ale to wszystko nie zmienia jego sytuacji finansowej, zwłaszcza, że na świat 
przychodzi kolejne, piąte  dziecko- Ludovic-Rodolph.
Żona Pissarra zarzuca mu lekkomyślność i egoizm. 
Czwarta wystawa impresjonistów w 1879 roku nieco poprawia  sytuację
finansową malarza- jego obrazy sprzedają się, ale nie osiągają zbyt wysokich 
cen .
Wkrótce następuje kryzys giełdowy, który marchanda  Durand- Ruela 
doprowadza niemal do bankructwa. Odczują to wszyscy impresjoniści,
którym dotychczas pomagał.
Kolejne dotkliwe kłopoty finansowe znów spychają Pissarra  w otchłań
wielkiego zwątpienia.  Zaczyna, podobnie jak inni malarze, próbować wyjść 
ze ścisłych ram impresjonizmu.
Podczas ostatniej, ósmej już wystawy impresjonistów w 1866r swoje obrazy
wystawia w oddzielnej sali, obok neoimpresjonistów -Seurata i Signac'a.
Obrazy neoimpresjonistów nie przypadają jednak nikomu do gustu, są
mocno krytykowane , nawet przyjazny Durand-Ruel nie kupuje ani jednego.
Pod koniec 1880 roku Pissarro zrywa  tym kierunkiem, chociaz trzeba
przyznać, że przygoda z neoimpresjonizmem znów nauczyła go pewnych
nowych rzeczy- łatwości i swobody w wyborze tematów i ich stylu. I od tej
chwili jego obrazy zaczynają się regularnie  sprzedawać.
                                        Wyspa Lacroix,efekt mgły, rok 1888

Od 1889 roku malarz zaczyna cierpieć na chroniczne zapalenie oka,
które uniemożliwia mu pracę w plenerze.
W trosce o wzrok buduje pracownię w ogrodzie swojego ostatniego
domu w Eragny-sur-Epte w Normandii.
Od tej pory pracuje patrząc na świat z okien atelier. By rozszerzyć tematykę
obrazów regularnie podróżuje - maluje widoki z okien hoteli i z okien
mieszkań.
Bywa często w Rouen, Hawrze, Paryżu.
                                          Most Królewski, Paryż 1903 rok.

Wreszcie malarstwo Pissarra cieszy się pełnym uznaniem , jego obrazy są
wystawiane w Europie i USA.
Na kilka lat przed śmiercią jego obrazy osiągają nawet bardzo wysokie
ceny. 
13 listopada 1903 roku, umiera w Paryżu z powodu sepsy.
Jest pochowany na cmentarzu  Pere Lachaise .

 "Pracuj, szukaj i nie zważaj na nic innego; reszta przyjdzie sama.
Potrzeba ci jednak wytrwałości, siły i nieskrępowanych doznań,
wolnych od wszystkiego, co nie jest własnym przeżyciem"






poniedziałek, 31 lipca 2017

Trafiłam w piątek.....

.....na nowy cykl filmów dokumentalnych, "Głosy z zaświatów ".
Program  smutny, ale ciekawy.
Jak wiemy wiele sławnych , znanych i lubianych osób odeszło z tego świata
w dość niespodziewany a jednocześnie dziwny sposób.
I teraz, po wielu, wielu latach  historycy kultury i sztuki wraz z całą "armią"
kryminologów, lekarzy różnych specjalności i psychologów usiłują dociec "jak
było naprawdę".
Ale proponuję zacząć od kilku moich ulubionych obrazów malarza, którego
życiu i okoliczności śmierci (która nastąpiła 127 lat temu w dniu 29 lipca)
zaczęła się dokładnie przyglądać ekipa złożona z historyka sztuki, lekarza
psychiatry, neurologa, psychologa, malarki.
                                 Łodzie rybackie na plaży w Saintes-Maries

                                     Pejzaż morski w  Saintes-Maries

                                     Most  Langlois w Arles

                                                     Taras kawiarni w nocy

                                  Zagajnik  - obraz z 1890 roku

30 marca 1853, w rodzinie pastora  Theodorusa Van Gogha , przyszedł na
świat chłopiec. Urodził się dokładnie  w rocznicę urodzin swego martwo
urodzonego brata i otrzymał jego imię- Vincent.
Te szczęśliwe urodziny zapoczątkowały dalsze regularne pojawianie się
kolejnych  pięciorga dzieci w rodzinie  pastora.
Rodzina  mieszkała w holenderskiej gminie Zundert w regionie Brabancji
Północnej.
Wczesne dzieciństwo upływało Vincentowi w sielskich warunkach ,
w otoczeniu  kochającej rodziny.
Pierwszym niemiłym "zgrzytem" w jego życiu był  pobyt w szkole
z internatem, dokąd  trafił  gdy ukończył 11 lat. Chłopiec tęsknił  ogromnie
za domem,  jedyną pociecha było dla niego rysowanie.
Nie były to rysunki zapowiadające jego talent- ot takie sobie  "gryzmoły".
W wieku 13 lat został skierowany do gimnazjum w Tolburgu.
W pierwszym roku nauki był bardzo dobrym uczniem, rodzina cieszyła się
jego bardzo dobrymi ocenami, wykazał się też talentem do języków obcych.
W drugim roku nauki, z zupełnie nieznanych przyczyn Vincent porzucił
szkołę i nigdy jej nie ukończył.
Nie bardzo wiedział co ma ze sobą począć, rodzina miała już dość nic
nie robiącego młodzieńca .
W końcu wuj zaproponował mu pracę sprzedawcy dzieł sztuki w...Londynie.
Vincent wszystkimi zmysłami chłonął to wszystko co zobaczył podczas
swego pobytu.Ponadto bardzo zaczął się interesować religią.
Ale jednocześnie czuł się wielce samotny i opuszczony, o czym wiemy
z jego licznej korespondencji prowadzonej z młodszym bratem Theo, który
w tym czasie pracował w Brukseli.
W 1875 roku został służbowo przeniesiony do Paryża.
Był tak pochłonięty sztuką i odkrywaniem religii, że zaniedbał bardzo swe
obowiązki zawodowe i został zwolniony z pracy.
Nie wiedząc co ma ze sobą zrobić, powrócił do Anglii i podjął nieodpłatne
stanowisko asystenta nauczyciela.
Chciał studiować teologię, ale zabrakło trzech rzeczy- chęci, wytrwałości
oraz środków.
W 1877 roku trafił do Belgii. Tu prowadził życie miejscowego kaznodziei,
odwiedzał chorych, nauczał.
Nauczał z wielkim zacięciem i przesadą, czym nie zaskarbił sobie
sympatii ludzi.
O wszystkim informował  swego młodszego brata Theo, z którym nadal
prowadził obfitą korespondencję a w listach często dodawał szkice
Były to dobre  rysunki i Theo doradził bratu, by może rozwijał swe
umiejętności.
W 1880 roku Vincent zamieszkał w Brukseli, podjął nawet studia
w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Bieduje, na życie zarabia
wykonując różne obrazki na zamówienie.
Vincent nadal nie potrafi ułożyć sobie życia - ma często stany depresyjne,
jakieś tajemnicze ataki podczas których nie wie co się z nim dzieje.
Wraca do  domu, podejmuje jeszcze jedną próbę studiów, tym razem
na Akademii w Antwerpii.
Rodzina ma dość tego ponurego, dziwnie zachowującego się młodego
człowieka i grozi, że jeśli jakoś nie uporządkuje swego życia to oni
oddadzą go do zakładu dla  chorych psychicznie.
W międzyczasie Vincent sieje zgorszenie, bo związuje się z pewną
prostytutką, matką dwójki nieślubnych dzieci, która go zaraża
syfilisem. Ale on jest szczęśliwy,  ma własną rodzinę,maluje całą
 serię portretów jej i jej dzieci. Związek się rozpada, a Vincent
przeżywa kolejne załamanie. Oczywiście wszystko opisuje w swych
 listach do Theo.
Theo mieszka teraz w Paryżu, gdzie jest marszandem i ściąga
brata do siebie.
Jest rok 1886, Vincent poznaje Claude'a Moneta, Alfreda Sisleya,
Augusta Renoira, Camille'a Pissarro, Touluse- Lautreac'a,  Bernarda,
 w  końcu  Paula Gaugina.
Paul Gaugin i Vincent zaprzyjazniają się  bardzo. Obaj nieco
kontrowersyjni, ale łączy ich mocna nić porozumienia.
Wreszcie ukryty dotąd talent Vincenta wybucha z wielką mocą.
Co prawda nadal trudno z Vincentem wytrzymać, bo właściwie jest
abnegatem, okropnym bałaganierzem i nawet o własną higienę nie dba.
Theo jest zmęczony wspólnym mieszkaniem z bratem, w końcu
daje mu pieniądze i pomaga wynająć dom w Arles.
W Arles Vincent mieszka z Paulem, ale złe nastroje, depresja i jakieś
dziwne napady pozbawiające go czasowo świadomości nadal trwają.
Vincent nie  potrafi zapanować nad własnym zachowaniem, zamęcza
 ludzi mówieniem. W końcu dochodzi do ostrej sprzeczki z Paulem,
który ma dość i oświadcza, że wyjeżdża.
Wściekły Vincent chwyta za brzytwę, ale w efekcie obcina sobie ucho-
sam nie wiedział dlaczego to zrobił. I owe obcięte ucho każe przekazać
jednej ze swoich zaprzyjaznionych  prostytutek w Arles.
Zachowanie Vincenta denerwuje mieszkańców Arles, zwracają się nawet
do władz, by pana Van Gogha usunięto z miasteczka i umieszczono
w jakimś zakładzie  dla obłąkanych.
W końcu 1889 roku Vincent zostaje pacjentem zakładu psychiatrycznego
w Saint-Paul-de Mausole w St. Remy.
Maluje nieprzerwanie, ma epizody samobójcze, próbuje się otruć zjadając
farby. Z trudem  zostaje uratowany.
W maju wyjeżdża do Paryża, ale po 3 dniach pobytu znów wyjeżdża i osiedla
się w Auvers-sur-Oise, gdzie mieszka  zaprzyjazniony z nim zielarz Gauchet.
Od śmierci dzieli go zaledwie 70 dni, ale w tym czasie powstaje 70 obrazów
utrwalających na płótnie okoliczne pejzaże.
25 kwietnia 1890 r pod wpływem kolejnego załamania Vincent  wychodząc
z domu zabiera ze sobą rewolwer. Na polu pszenicy usiłuje strzelić sobie
w serce, ale w efekcie strzela znacznie poniżej serca.
Wraca do domy ranny, w czasie rozmowy z Gauchetem oznajmia, że chciał
odebrać sobie życie i ma nadzieję, że jednak śmierć nastąpi.
Gauchet zawiadamia o wszystkim Theo, który natychmiast przyjeżdża.
27 lipca Vincent umiera w objęciach brata.
I tak wygląda życiorys wielkiego  malarza, który uznanie zyskał dopiero
po śmierci-- za jego życia udało się sprzedać tylko jeden obraz.
Van Gogh pózno zaczął malować- pierwsze obrazy powstały gdy miał
27 lat. Malował przez 10 lat i w tym czasie namalował ponad 2000 dzieł,
w tym 870 obrazów olejnych, 150 akwarel, ponad 1000 rysunków,
napisał do brata wiele listów, z których ocalało ponad 600.
I właśnie owe tak bardzo szczegółowe listy pomogły ekipie wyjaśniającej
śmierć Van Gogha dojść do wniosku, że malarz cierpiał przede wszystkim
na psychozę maniakalno-depresyjną i okresowo miewał napady padaczki.
Dziś już wiadomo, że są różne rodzaje padaczki, a odstępy pomiędzy jej
atakami nie są z reguły stałe. Mogą równie dobrze występować napady
kilkaset razy na dobę jak i tylko kilka razy w roku.
Poza tym trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że malarz nadużywał absyntu -
alkoholu, który w tamtych czasach nie był odpowiednio oczyszczany.
Dodatkowo nie bez znaczenia zapewne był fakt, że był zarażony kiłą, a
choroba ta jest wielopostaciowa i często jedna z jej postaci atakuje mózg.
Ale tego w tamtych czasach jeszcze nie wiedziano.

Niezależnie od tego na co biedny artysta chorował -był artystą genialnym.
I gdybym potrafiła tak jak on namalować zwykły zagajnik, mogłabym
spokojnie  chodzić po świecie z plakietką wariatki na czole.
Przypatrzcie się technice, którą został namalowany - to nie jest takie
zwykłe pociągnięcie pędzlem i nałożenie koloru.
Napiszcie,proszę, które obrazy Van Gogha lubicie najbardziej.
Bo Van Gogh to nie tylko seria  "Słoneczników w wazonie".








piątek, 28 lipca 2017

To było dawno......

.......ale zdarzyło się naprawdę.
Należę do tych osób, które nie lubią być czymś zaskakiwane, czyli nie lubię
niespodzianek a poza tym uważam, że w małżeństwie wszystko powinno być
wspólnie "przegadane, uzgodnione" i zapewniam, że nie idzie tu o kolor ścian,
lub kolor sukienki żony.
Są pewne sprawy, które naprawdę muszą być "obgadane" a decyzja musi być
podjęta jednomyślnie. I w niektórych sprawach podjęta jeszcze przed ślubem.
Bo wtedy jest przynajmniej cień prawdopodobieństwa, że związek będzie
trwały.
Wydarzenie miało miejsce na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, czyli
w pełnym rozkwicie PRL.
Były to czasy, gdy mieszkanie nie czekało na klienta, banki nie udzielały
kredytów osobom  indywidualnym i większość młodych małżeństw mieszkała
kątem u rodziców jej lub jego, ciułając pieniądze na książeczkach mieszkaniowych.

Byłam wtedy mężatką "całą gębą", czyli już ze trzy lata po ślubie, a większość
moich koleżanek mogła się wykazać nawet dłuższym  stażem.
Ciągle jeszcze pokutowało przekonanie, że kobieta niezamężna jest "gorsza,"
poza tym osoby nie legitymujące się ślubem nie mogły razem ubiegać się o
mieszkanie ani nawet o wspólny pokój w hotelu lub na wczasach.
No i może nic dziwnego, że te niezamężne "stawały na rzęsach" żeby tylko
wreszcie zaliczyć ten "ślubny kobierzec".
Jedna z moich koleżanek, Ewa, poznała chłopaka, który był już po studiach,
oczywiście miał pracę i nawet był całkiem, całkiem przystojny - niezłe
"ciacho",  jak to nie tak dawno określano.
Ciacho niezle jak na owe czasy zarabiał, rodzice obiecali mu, że gdy się
ożeni to wtedy zamieszka w kawalerce babci, a babcia w jego pokoju wraz
z nimi.
Ewa  po trzeciej  randce z Ciachem zaczęła być z lekka przymulona - całymi
dniami słyszałyśmy tylko jaki on jest: cudny, kochany, miły, silny itd itp.. jak
całuje, jak tańczy - no wiecie jak to jest - motyle w brzuchu a rozum raczej
gdzieś na jakimś wyjezdzie, zapewne zagranicznym.
Ewa pomału zaczęła przeglądać modele sukien typu biała beza, choć Ciacho
jakoś nie wypowiadał się na razie na temat ich wspólnej przyszłości.
Ewa była z gatunku tych, które miały już w pewien sposób wytyczoną ścieżkę
życiową, której podstawowe punkty brzmiały: poznać fajnego chłopaka,
zakochać się, wyjść za niego za mąż i szybciutko mieć dwójkę dzieciątek,
wpierw  synka, potem córeczkę.
Trzeba Ewie oddać sprawiedliwość, że ona naprawdę lubiła dzieci i żadnemu
maluszkowi spotkanemu na ulicy  nie przepuściła- do każdego musiała zagadać,
poseplenić i pocmokać.
Do każdej z koleżanek, która powiła dziecię, przylatywała z wizytą i zabawkami
dla dziecka.
Któregoś dnia Ewa przyszła do pracy z pierścionkiem zaręczynowym wielkości
cyferblatu małego damskiego zegarka.
Był srebrny z akwamarynowym dużym oczkiem.
Ale Ewa wcale nie wyglądała na szczęśliwą, bo wprawdzie Ciacho się łaskawie
oświadczył, ale zastrzegł, że on tylko pod tym warunkiem się z nią ożeni, jeżeli
 Ewa mu przysięgnie, że nie będą mieli dzieci.
Bo on dzieci nie lubi i  nie ma  zamiaru ich płodzić.
Proponował by się Ewa dobrze zastanowiła nad tym, bo on to mówi poważnie.
Ewa, zakochana niemal śmiertelnie w Ciachu, od razu przyrzekła że nigdy
nawet  nie pomyśli o czymś takim  okropnym jak dziecko.
Kilka z nas postukało się wymownie  w czoło słysząc tę opowieść,  tylko ja
stwierdziłam, że nie każdy przecież musi kipieć instynktem macierzyńskim
( miałam siebie na myśli) a  życie bez  dziecka wcale nie jest ubogie i złe.
Ślub był okazały, Ewa spowita  od czubka głowy do pięt w białe koronki, Ciacho
też  wypadł niezle w szytym na zamówienie smokingu, wesele trwało co prawda
nie do białego rana ale do północy.
Zamieszkali w babcinej kawalerce, czyli mieszkaniu jednopokojowym z wnęką
kuchenną i łazienką.
Całość miała zaledwie 24  metry kwadratowe, no ale na dwie osoby to "szło
wytrzymać".
Ewa nadal piała z zachwytu nad Ciachem, który nie wymigiwał się od prac
domowych, nawet potrafił raz na jakiś czas coś ugotować i zrobić zakupy.
No ideał, nie mąż.
Cała rodzina Ewy nie mogła się doczekać kiedy to wreszcie Ewa oznajmi
wszystkim radosną nowinę, że spodziewa się dziecka.
Po kolejnym rodzinnym spotkaniu świątecznym, Ewa wyznała matce, że nie
sprawi  jej frajdy w postaci wnuczątka, bo przyrzekła swemu mężowi, że nie
będą mieli dzieci.
Mam poradziła jej, żeby nie informując Ciacha odstawiła tabletki i spokojnie
zafundowała sobie dziecko, bo przecież wiadomo, że prawie żaden facet nie
pali się do posiadania dzieci, ale jak  już dziecko się urodzi to się z tym
faktem godzi.
No i Ewa posłuchała tej maminej rady- tabletki wędrowały cichcem co wieczór
do kanalizacji a Ewa zaszła w ciążę.
Pierwszą reakcją Ciacha było duże zdziwienie, potem żądanie by ciążę usunąć,
a potem pasmo awantur i przedzielenie pokoju na  pół ścianką działową.
Po przepisowych 40 tygodniach Ewa urodziła wymarzoną parkę- blizniaki.
A Ciacho, gdy tylko Ewa wróciła z wrzeszczącymi tłumoczkami do domu,
spakował się i......wyprowadził. On nawet nie chciał tych dzieci  widzieć.
W kilka dni pózniej  Ewa wraz z dziećmi zamieszkała u swoich rodziców.
A Ciacho wynajął adwokata i wniósł pozew o rozwód.
Na sprawie rozwodowej powiedział, że przykro mu, ale małżeństwo jest
wszak kwestią wzajemnej umowy, a Ewa dobrze wiedziała, że on  nie chce
mieć dzieci i wyszła za niego, choć  przecież nikt jej do tego nie zmuszał.
Sąd dość sprawnie sprawę przeprowadził, bez orzekania winy, choć
adwokat Ciacha winił o rozpad związku Ewę.
Kilka lat pózniej ożenił się powtórnie, dzieci w tym związku nie było.
Regularnie płacił alimenty ale nigdy nie nawiązał kontaktu z dziećmi.
A Ewa nie mogła sobie wybaczyć, że posłuchała rady swej matki.
Nie wyszła ponownie za mąż.


niedziela, 23 lipca 2017

Zwierzęta i my

W sierpniu minie 7 lat od odejścia mego piesa za Tęczowy Most.
Co dziwniejsze nadal tęsknię za nim, tylko za nim i ani mi w głowie brać
następnego psa, zwłaszcza teraz, gdy zmieniam miejsce zamieszkania.
Ale to nie  znaczy, że zerwałam z tej racji kontakty z wetem. Tak się składa,
że przychodnia weterynaryjna jest blisko mego  domu i często obok niej
przechodzę.
I jeśli  pan wet akurat ma wolną chwilę i stoi na zewnątrz, wygrzewając się
na słońcu, to zawsze sobie ucinamy miłą pogawędkę.
Pan wet, żeby było ciekawiej, jest wrogiem trzymania w domu psów przez
ludzi, których w domu nie ma niemal cały dzień.
Wg niego jest to szczyt egoizmu, bo jak się jest cały dzień poza domem to
pies, który jest przecież zwierzęciem stadnym, straszliwie  cierpi a na dodatek
głupieje.
Bo tak naprawdę, wzięcie do domu psa, gdy się jest cały dzień poza domem,
 jest korzystne tylko dla nas, nie dla psa.
No tak, ja wzięłam psa wtedy, gdy byłam "kobietą udomowioną" i nasz pies
nigdy nie  zostawał sam w domu.
Miał zawsze dwa spacery długie, takie półtora- do dwóch godzin i dwa krótkie.
Poza tym zawsze wszędzie ze mną jezdził, jeśli nie było nikogo w domu.
Na wszystkie  urlopy i krajowe i zagraniczne też jezdził z nami.
To był pies-turysta, zjechał z nami kawałek UE. W obiektach zabytkowych albo
był noszony na  rękach, albo zwiedzaliśmy obiekty "na zmianę".
Tym sposobem  zwiedziliśmy Kolonię, Bonn, Dusseldorf, Akwizgran.
Wizyta w  kolońskiej katedrze tak go znudziła, że spokojnie zasnął na rękach
mego zięcia.
Dwa tygodnie temu, gdy przechodziłam obok lecznicy, znajomy wet stał przy
drzwiach lecznicy a obok niego leżał przepiękny seter irlandzki.
Pomyślałam, że to pies któregoś z pacjentów.
Podeszłam,  a wet się pyta-  a nie wzięłaby pani tego psa? Jest bardzo grzeczny,
dobrze ułożony i ładny, prawda?
Ładny, to prawda, ale ja zmieniam miasto i mieszkanie, będę mieszkać wysoko
i nie mogę wziąć psa - odpowiedziałam. A co to za pies, skąd się tu wziął?
On został porzucony - małżeństwo się rozeszło, sprzedało dom i zostawili psa
w ogrodzie. Po dwóch dniach sąsiedzi mnie wezwali, bo bali się sami go stamtąd
wyprowadzić. No ale już mam jednego psa w domu i boję się, że ten  nowy
nie  zostanie zaakceptowany ani przez Fredka ani przez moją żonę.
Na razie  trzymam go na obserwacji,  zostawiłem na drzwiach domu wiadomość,
że pies jest u mnie w lecznicy i że proszę o kontakt ale odzewu nie ma.
Wczoraj zajrzałam do lecznicy  i dowiedziałam się , że ponieważ nie było nikogo
chętnego na psa, pan wet zabrał psa do domu.
Fredek, który jest dość krnąbrnym west highland white terierem, nowego
zaakceptował,  bo nowy jest wprawdzie duży, ale bardzo spokojny.
A żona? - zapytałam. Żona ze mną nie rozmawia, mamy ciche dni. Ale córka jest
zachwycona.
A królik?-  królik to pestka, siedzi w klatce w pokoju córki, a klatka stoi na regale.
Tylko martwi mnie, że żona ze mną nie rozmawia.
Tak to jest gdy się ma męża weterynarza -zwierzyniec domowy zapewniony.
A mnie się bardzo zachciało śmiać, bo Fredka kupiła żona  pana weta, nie
uzgadniając z nim tego zakupu.
Potem córka przyniosła króliczka, rzekomo na przechowanie, na kilka dni.
No a setera  przyprowadził wet, też bez uzgodnienia z domownikami.
To coś jakby remis w rodzinie, więc skąd te ciche dni???

wtorek, 18 lipca 2017

Takie sobie.......

.......przemyślenia.
Podpadnę Wam wszystkim, bo wiem, że nie lubicie gdy piszę coś,  nawet niewiele,
zbliżonego do tematów politycznych.
Trudno, muszę, bo inaczej się uduszę;)
Jeśli oglądacie tylko produkt  zwany kurwizją , to z pewnością nie jesteście
zestresowani - przecież jest pięknie, radośnie, rośniemy w siłę i dostatek.
Już raz tak  rośliśmy, o czym pokolenie 40-latków nie pamięta.
Osobiście mam jakieś skrzywienie psychiczne i owej kurskiej wizji nie oglądam,
podobnie  jak nie oglądam i nie słucham toruńskich produktów medialnych pana
Rydzyka.
Wyznaję zasadę, że jeżeli  ktoś musi westchnąć do swego  boga, to może to
zrobić udając się do kościoła lub pomodlić się w  zaciszu własnego domu.
Narzekamy, że pisuary wygrali wybory. No ale przecież ktoś tych ludzi wszak
wybrał.
Wybrali ci, którzy po pierwsze raczyli w ogóle ruszyć tyłki na wybory, a poza tym
zostali oczarowani wizją państwa, którego obraz roztaczali przed nimi wierni
wyznawcy p.p.Rydzyka i Kaczyńskiego. Ta para oszołomów roztaczała przed
swoim elektoratem wizję państwa opiekuńczego, pochylającego się nad każdym
swym wyborcą i zdejmującego z niego obowiązek samodzielnego dbania o swe
życiowe interesy.
Nie da się ukryć- samodzielność  wymaga znacznie więcej wysiłku niż posłuszne
wypełnianie poleceń, wspomagane datkami opiekuńczego państwa.
W niedzielę były w stolicy dwie potężne demonstracje - pod Sejmem i pod Sądem
Najwyższym. Obie pod hasłem obrony niezawisłości sądów i trójpodziału władzy,
co jest gwarancją utrzymania  w kraju systemu demokratycznego.
Równolegle odbyły się pod tymi samymi hasłami demonstracje w Krakowie i
Szczecinie. Jak na okres wakacyjny i dość niemiłą pogodę (gorąco i duszno)
ludzi było sporo.
Zrobiło mi się smutno, bo  do walki o demokrację muszą dziś stawać ci, którzy już
raz o nią walczyli.
                                                             *****
Wczoraj polską publikę zelektryzowała wizyta brytyjskiej pary książęcej wraz
z nieletnim przychówkiem.
Naród wyrażał żywe zainteresowanie parą książęcą, atrakcja jak  rzadko.
Oglądając potem wywiady z tymi, którzy "byli i oglądali i pieli z zachwytu"
skonfrontowałam ten wywiad z poprzednio oglądanym wywiadem
przeprowadzonym wśród rodaków wypoczywających nad polskim  morzem-
pytani o najnowsze i ważne dla nas wszystkich krajowe wydarzenia polityczne
odpowiadali : nie wiem, nie znam,  nie interesuję się polityką wcale.
I jakoś nie mogę się nadziwić, że kogoś interesuje sukienka i uczesanie księżnej
Kate, czyli rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia dla naszego dalszego życia
w Polsce, a poczynania rządu, które systematycznie niszczą kraj nikogo nie
interesują.
To naprawdę dziwne i smutne.
                                                              *****
Ciekawa jestem kiedy ludzie się ockną. Zapewne zgodnie ze starym przysłowiem:
"mądry Polak po szkodzie", czyli gdy już będzie za pózno.
Może wtedy gdy paszporty wrócą do składnic paszportowych i na każdy wyjazd
trzeba będzie, jak kiedyś, godzinami stać by złożyć wniosek na otrzymanie
paszportu na wyjazd?
A może ockną się  dopiero wtedy, gdy nas wyproszą z UE bo nie spełniamy już
standardów państwa demokratycznego i będziemy szwendać się od ambasady do
ambasady żebrząc o wizę?
A wtedy , gdy się już naród ocknie będzie mógł sobie zaśpiewać piosenkę:
"miałeś chamie złoty róg".
Wiem , urlop rozleniwia tak bardzo, że wydaje się nam, że nasz wątły głos niczego
nie zmieni, ale wiele tych "wątłych glosów" składa się zawsze w chór- pamietajcie
o tym. Warto.


piątek, 14 lipca 2017

Mix, bo dawno nie było

Przedwczoraj o mały włos nie zostałam zeżarta przez komary. Gdy  około południa
wysiedliśmy  pod domem z samochodu, rzucił się na  nas rój głodnych komarzyc.
Właściwie nic dziwnego- przedtem wciąż padało ale  było ciepło, więc się 
paskudztwo wylęgło w niesamowitej ilości. Przejście kilku kroków od bryczki do
budynku było gehenną. Ostatni raz takie ilości komarów spotkałam gdy letnim,
 póznym wieczorem płynęliśmy  Wisłą wzdłuż zarośniętego krzaczorami brzegu.
Ale takich ilości, w biały dzień, w mieście, około południa, jeszcze nie widziałam.
Przeżyłam, jak widać- tak  gnałam do domu jak jeszcze nigdy.
                                                              ***** 
A dziś poniosło nas do Janek, do sklepu IKEA . Straszliwie się nałaziłam, jak
zwykle w tym sklepie. Chciałam  tylko zobaczyć  dział z tekstyliami oraz meblowy.
Ale nie ma lekko  - nim się doczłapałam do zasłon i firanek to już mnie nogi bolały.
Znalazłam w naturze to, co wpierw widziałam on line i okazało się, że nie bez
powodu zachwyciłam się tymi zasłonami.
Są to tzw. zasłony zaciemniające , bardzo dobrze się układają, przemiłe w dotyku,
mają  fakturę skórki brzoskwini.   
A co najważniejsze, to mają pożądaną przez mnie wysokość 3 metrów i są gotowe
do powieszenia. I nawet znalazłam takiej też długości firankę- mięciutką, dobrze
się układającą. I też już gotową do powieszenia. Muszę zawsze teraz pamiętać, że
moje nowe mieszkanie  ma 360 cm wysokości.
                                                               *****
 A potem było dużo smiechu. W drodze powrotnej wpadliśmy po dżinsy  dla mego
ślubnego.
Ponieważ mój mąż nadal ma sylwetkę "młodzieżowca" odwiedziliśmy sklep
R......d.  Ja to w  ich rozmiarówkę raczej się nie łapię, ale on - tak.
Sklep z bliżej mi nie znanych względów urządzony w stylu  " właśnie nam wysiadło
oświetlenie", lub "gdy ciemniej to przyjemniej".
Niemal wszędzie leżały męskie szorty lub  bermudy i wszystkie mocno podarte
i artystycznie postrzępione.
Nie postrzępione były tylko  bermudy z tkaniny dresowej.
Sunąc w tych ciemnościach zauważyłam,że z boku wiszą  długie spodnie. Owszem,
były długie, nawet dżinsy, ale straszliwie podarte, postrzępione i artystycznie
poprzecierane.
Podeszliśmy do lady, przy której uwijał się, tokując do jakiejś panienki, młodzian
z ogoloną na "zero" połówką głowy.
Druga połowa głowy miała nieco dłuższe włosy (ze 3 cm) i kończyła  się na całym
czubku głowy czymś w rodzaju starannie wyżelowanego parkaniku.
Pokonując zdumienie , ale wpatrując się w ten cud sztuki fryzjerskiej, zapytałam,
czy bywają jeszcze dżinsy bez dziur i strzępów.  Młodzian obrzucił mnie mocno
zgorszonym spojrzeniem, myśląc  zapewne- "taka stara a tak głupia" i z dumą mi
wyjaśnił, że u nich są tylko modne spodnie.
Trąciliśmy się z mężem łokciami, zrobiliśmy zgodnie  w tył  zwrot i dusząc się ze
śmiechu wymaszerowaliśmy z tego sklepu.
 Za to w innym sklepie  udało nam się kupić takie  zwykłe, całe dżinsy , bez dziur
i strzępów i nawet  bez wytartego koloru. Jako towar obecnie  niemodny były one
 niemal o połowę tańsze od tych dziurawych. No normalnie dom wariatów.
                                                            
Miłego Wszystkim;)


poniedziałek, 10 lipca 2017

N i e s p o d z i a n k a....

Muszę was zmartwić - przeprowadzamy się  dopiero we wrześniu bo:
a) wykonanie i montaż mebli kuchennych potrwa 8 tygodni,
b) łazienka ma być przerobiona, tzn. zamiast wanny ma być duuża,
    wygodna kabina prysznicowa, taka długości i szerokości wanny,
c) nie jest jeszcze zrobiona podłoga na balkonie, która co prawda nie będzie
    kryta terakotą, ale pokrywana jakąś powłoką kauczukową,
d) podłogi w mieszkaniu są już  położone, ale jeszcze trzeba je czymś pokryć, 
     jakimś nietrującym lakierem,
e) klatka schodowa budynku też jeszcze nie jest wykończona. Trzeba jeszcze
     zmienić poręcze, poprawić niektóre stopnie i na całych schodach ułożyć
     chodnik dywanowy. To bardzo praktyczne, bo nim się człowiek przeczłapie
     do mieszkania to mu się buty osuszą w razie deszczu lub śniegu,
f) widziałam na podesłanych zdjęciach że na zewnątrz budynku są jeszcze
     rusztowania i jeszcze  wykończają elewację,
 g) po raz pierwszy będę miała drzwi wejściowe do mieszkania tak ozdobne-
    w górnej partii drzwi  są  szybki. Szkoda, że nie kolorowe.
Na razie więcej liter alfabetu nie jest zaangażowanych w przeszkody do
wyjazdu w  sierpniu. Dobrze, że jeszcze nie  zapakowałam koralików!!!!!

Właśnie zaczął padać deszcz z burzą w tle, więc  coś na pocieszenie:



piątek, 7 lipca 2017

Możecie się pośmiać

Wyniosło  nas dziś na zakupy, głownie  tego, co akurat nie jest niezbędne.
Po drodze wpadłam do niedawno otwartego  popularnego marketu, gdzie
zawsze są niskie ceny.
 Kupiłam  fajną owocową herbatę, urodziwe, jednakowiutkie pieczarki, nieco
warzyw i ekologiczne banany, bo miały niebywale atrakcyjną  cenę.
Potem kierując się inną alejką w stronę kas, mój ślubny przystanął przy stoisku
z ciuchami.
Właśnie kilka dni wcześniej  doszedł do wniosku, że poszukuje nowych
letnich spodni,więc jego wzrok padł na z lekka wytarte dżinsy.
Przezornie zwróciłam jego uwagę, że te dżinsy to takie modne, bo mają
firmowe "przetarcia", ale mój na nie popatrzył, odczytał całkiem przytomnie
obwód pasa i  wrzucił je  do koszyka.
W tym sklepie nie ma żadnej przymierzalni, ale w ciągu 7 dni można towar
bez problemu zwrócić.
Ale rozmiary mają nie przekłamane i jeszcze niczego nigdy nie zwracałam.
Kupił, przyjechaliśmy do domu, ślubny owe  dżinsy zmierzył i oczywiście
okazało się, że są za luzne w tzw. partiach tyłkowo - brzusznych.
Odszukał kwitek z kasy, potem spodnie złożył , spojrzał na paragon i mówi:
"słuchaj, na paragonie jest napisane, że to są spodnie damskie."
Akurat byłam zajęta pichceniem, więc nie zareagowałam, tylko miauknęłam,
że oddamy je w poniedziałek do sklepu.
Po niemal godzinie dotarło do mnie, że mój użył nazwy "spodnie damskie".
Obejrzałam te spodnie i... na foto- metce faktycznie jest sfotografowana
kobieta  w owych dżinsach.
A tak dokładnie to tylko fragment kobiety od talii w dół.
Niewiele myśląc przymierzyłam je i....bingo! Mój rozmiar! Dusząc się ze
śmiechu pokazałam się mężowi.
Popatrzył i stwierdził- "od razu wiedziałem, że coś z nimi nie tak w tyłku!"
No ale dla  ciebie są dobre i wiesz? wreszcie  ci dżinsy nie będą wisieć
tu i ówdzie. No fakt, ostatnio wiszą i nawet przymierzyłam się do
kupienia o numer mniejszych.
I w ten oto prosty sposób stałam się właścicielką modnych dżinsów.
A że wyglądają na stare? To co, ja też młoda nie jestem;)))
I kwestia  spodni dla ślubnego nadal aktualna, nie ma lekko.
Teraz co na  nie spojrzę to strasznie mi się chce  śmiać.
Od dziś będę kupować tylko ekologiczne banany- mają zupełnie inny smak.
 Bardzo zbliżony do takich malutkich, malezyjskich, które kiedyś jadłam
w Singapurze.
Są bardziej aromatyczne i nie takie suche jak te  zrywane w stanie zielonym.
Życzę Wam  miłego, słonecznego weekendu










środa, 5 lipca 2017

Dobra zmiana.......

......w pewnym  szpitalu.
Wyszłam  z domu tuż po 9,00, by dwoma autobusami pokonać drobne 6 km,
dzielące mnie od przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Nie wzięłam samochodu, bo w tych godzinach znalezienie miejsca na ich
parkingu jest cudem.
Gdy zdyszana dotarłam pod gabinet okazało się, że endokrynologia po raz
kolejny została przeniesiona w inne miejsce. To już piąta zmiana lokalizacji
tegoż gabinetu. Szybko obliczyłam średnią arytmetyczną - wypadło, że co
osiem miesięcy gabinet  jest przenoszony w inne miejsce- zapewne lepsze,
zdaniem zarządzających.
Z lekka  zaklęłam, pomaszerowałam przez zatłoczony korytarz wzdłuż
gabinetów rtg, rezonansu, tomografii komputerowej, gipsiarni, chirurgii.
Z przykrością zauważyłam, że znów ktoś zapomina, że pacjent stary i chory
nadal jeszcze jest człowiekiem i powinien być traktowany z  szacunkiem, a
oczywiście nie jest.
Nie wiem co za debil wymyślił, by szpitalni pacjenci oczekiwali na swych
łóżkach przed gabinetami (wyżej wymienionymi) razem z pacjentami
" z miasta". Na łóżkach leżą starzy, często mało przytomni chorzy- najczęściej
sami, nie wiedząc po co tu są, bo salowe, które pacjenta przywiozły z oddziału
ustawiają łóżko z pacjentem "w kolejce" i gdzieś znikają.
Ci "z miasta" przypatrują się im ze zdziwieniem lub odrazą - no cóż widok
półnagiej starej, potarganej kobiety nie jest miły dla oka i nie każdemu
wtedy przychodzi na myśl, że zapewne będąc w jej wieku i stanie  raczej nie
będzie wyglądał lepiej.
Nagminne jest wożenie pacjentów nagich do pasa, bo mają poprzylepiane
elektrody- zupełnie tak, jakby nakrycie starej , chorej kobiety chociażby
wiskozowym jednorazowym prześcieradłem przerastało możliwości szpitala.
Gdy bywałam dzień w dzień na kardiologii zachowawczej (było to osiem lat
temu) interweniowałam  i nawet pomogło, niestety w nawyk nie weszło.
Pani doktor, u której dziś byłam , przy każdej wizycie stara się wrzucić mi
między wierszami, że jest wszechstronnie wykształcona i raczej się tu marnuje.
Naiwna  kobieta  dwa lata temu usiłowała mnie też przekonać, że gdy wygrają
pisuary sytuacja w lecznictwie ulegnie znacznej poprawie.
Dziś ową  Wszechstronnie Wykształconą poinformowałam, że wyjeżdżam,
bo mój mało inteligentny mózg nie jest w stanie ogarnąć tych wszystkich dobrych
zmian i w związku z tym proszę o wydanie mi, dla mego przyszłego lekarza
karty informacyjnej, w języku niemieckim lub angielskim, lub..... po łacinie.
Pani łypnęła na mnie spod oka, coś  chwilę pisała, następnie podała mi złożoną
 na cztery części kartę, podała rękę i życzyła dobrego zdrowia.
Ta wszechstronnie  wykształcona osoba napisała wszystko po polsku.
I niech mi ktoś powie na czym polega jej wszechstronność, skoro nawet nie
wpisała łacińskiej nazwy???? Przecież tego uczą się studenci medycyny!
Dumając nad pojęciem "wszechstronnego wykształcenia" postawiłam sobie
taksówkę i w 10 minut byłam w domu.
I dobrze, bo już była godzina 13,00.

wtorek, 4 lipca 2017

Cesarzowa Elżbieta- cz.III, ostatnia

Całkowicie zdesperowana Elżbieta oświadczyła cesarzowi, że spędzenie
kolejnej zimy w Wiedniu ją zabije, poza tym jej lekarz, specjalista od
chorób płucnych doradza by cesarzowa przeniosła się w cieplejsze miejsce,
o łagodniejszym klimacie.
Na podstawie opowieści swego  szwagra, Maksymiliana, na miejsce pobytu
wybrała Maderę.Było to dostatecznie daleko od Austrii i wiadomo było, że
z całą pewnością cesarz tam jej nie odwiedzi.Ten ostatni fakt wielce Sissi
radował - nie tęskniła już do obecności cesarza.
Udało się jej również pozostawić w Wiedniu swą pierwszą damę dworu-
zgodnie  z życzeniem  cesarzowej miała się opiekować dziećmi, które
tym razem nie towarzyszyły matce.
Sissi osobiście wytypowała osoby, które miały jej towarzyszyć w podróży
i na Maderze. Brytyjska Królowa Wiktoria, przejęta stanem zdrowia Sissi,
zaoferowała jej do dyspozycji swój komfortowy jacht, który  cumował
w Antwerpii.
Cesarz towarzyszył żonie aż do Bambergu, gdzie zmartwiony i nieco
urażony chłodno się z nią pożegnał.
Następnego dnia Sissi wraz ze swą świtą, ogromnym bagażem i ulubionymi
zwierzętami wsiadła na pokład królewskiego jachtu.
W Zatoce Biskajskiej  trafili na burzę, wszyscy ogromnie cierpieli z powodu
choroby morskiej ale ta słabiutka i delikatna  cesarzowa najlepiej zniosła
podróż.
Na Maderze prowadziła spokojne, samotne życie, a wieści które z
Madery docierały na cesarski dwór były skrajnie różne- jedni twierdzili, że
cesarzowa nadal zle się czuje i męczy ją uporczywy kaszel, inni z kolei
donosili, że cesarzowa wygląda znacznie lepiej i młodziej.
Sissi bardzo tęskniła  za dziećmi ale myśl o powrocie na wiedeński dwór
pełen plotek i spotkanie z teściową napawało ją niepokojem.
W końcu w kwietniu 1861 roku powzięła myśl o powrocie.Był to bardzo
niespieszny powrót jachtem  królowej Wiktorii .
Zawadziła o Kadyks, potem incognito zwiedziła Sewillę, obejrzała corridę,
następnie kontynuowano podróż przez Gibraltar aż do Majorki, a stamtąd
 na  Korfu. Wyspa zachwyciła Sissi niezmiernie i zapragnęła zwiedzić
jeszcze Wyspy Jońskie, ale stęskniony i zniecierpliwiony cesarz wyjechał
po nią aż do Triestu.
Po sześciu miesiącach rozłąki powitanie było okraszone  łzami obojga i
bardzo serdeczne.
Po kilku dniach pobytu w Wiedniu stan zdrowia Sissi  gwałtownie uległ
pogorszeniu- wrócił uporczywy kaszel, napady gorączki , płacz z byle
powodu, zły nastrój.
Opiekujący się cesarzową lekarz Skoda stwierdził "galopujące  suchoty" i
doradził cesarzowi by małżonkę na okres  zimy wysłał na Korfu.
Sissi zabrała z Wiednia ponad trzydziestoosobową świtę łącznie z lekarzem.
Mieszkała w domu na skraju wsi  a łagodny klimat i całkowity spokój
przywracał jej stopniowo zdrowie.
W pierwszych dniach pazdziernika cesarz wybrał się osobiście na Korfu, by
zobaczyć jak się czuje cesarzowa. Tym razem nie było czułego powitania,
wizyta miała charakter inspekcji. Sissi skarżyła się mężowi, że bardzo
tęskni  za dziećmi ale bardzo boi się wrócić do Wiednia by znów się nie
pogorszyło jej zdrowie.
W końcu wspólnie  ustalili, że Sissi przeniesie się do Wenecji i przyjadą
do niej dzieci, by spędzić z matką kilka miesięcy.
Na Korfu i w Wenecji Sissi spędziła rok, ale nadal myśl o powrocie do
Wiednia napawała ją strachem, więc w drodze do Wiednia zahaczyła
jeszcze o swe rodzinne strony.
Wiedeńskie towarzystwo było wielce zgorszone  prostotą i swobodą życia
w rodzinnym domu cesarzowej.
W połowie  sierpnia 1862 roku cesarzowa musiała jednak wrócić do
Wiednia, bo zbliżały się 32 urodziny cesarza.
Oddalenie od męża i całego dworu wzmocniło Sissi psychicznie- teraz
potrafiła już stawiać cesarzowi swoje warunki. Zamieszkała w pałacu
Schoenbrunn, zażądała by uszanowano jej samotność podczas spacerów
i konnych przejażdżek, zwolniła z urzędu swą pierwszą damę dworu i
oświadczyła cesarzowi, że w oficjalnych uroczystościach będzie brała
udział tylko wtedy, gdy będzie to niezbędne.
Poza tym zażądała by to ona decydowała  o tym kto i czego będzie
uczył ich dzieci, a nie teściowa.
Cesarz, który nadal kochał swoją szaloną Sissi zgadzał się na wszystko,
byleby tylko  nie zostawiała go samego.
Sissi dość pózno odkryła, że jest piękną kobietą, ale swą urodę pielęgnowała
głównie dla samej siebie. W wieku 25 lat martwiła się bardzo upływem czasu,
który mógł zniszczyć jej urodę.
Urodę traktowała jako swą niezbywalną własność, denerwowały ją zachwycone
spojrzenia  obcych.
W 1867r Franciszek Józef przywrócił wreszcie Węgrom konstytucję oraz
przyznał przywileje niezależnego królestwa  w ramach imperium.
Ósmego czerwca Franciszek Józef i Elżbieta  Bawarska zostali koronowani na
króla i królową Węgier.
Sissi, jako gorąca orędowniczka spraw węgierskich czuła się wielce zadowolona.
W dziesięć miesięcy pózniej na świat przyszło czwarte dziecko, Maria Waleria.
Dziewczynka urodziła się w Budzie. Po raz pierwszy cesarzowa mogła sama
zajmować się dzieckiem i poznać prawdziwe oblicze macierzyństwa.
Sissi  bardzo wiele czasu spędzała teraz  na zamku Godollo, który para  cesarska
otrzymała  od Węgier w podzięce za konstytucję i przywileje.
Tu cesarzowa zorganizowała sobie życie "po swojemu", miała własny dwór.
W Wiedniu bywała sporadycznie, pozostałą dwójką dzieci zajmował się
cesarz. W maju 1872 r zmarła arcyksiężna  Zofia .
Na wieść, że teściowa jest w bliska śmierci Sissi przyjechała z Węgier i do
samego końca czuwała przy umierającej.
Dwór wiedeński, podobnie jak i cesarz, miał nadzieję, że teraz Sissi będzie
więcej czasu spędzać w Wiedniu, ale Sissi nadal stroniła od Hoffburgu,
w którym wciąż obowiązywała sztywna etykieta  i w którym szeptano po
kątach, że odeszła z tego świata cesarzowa Austrii.
Ulubionym miejscem pobytu Sissi stał się teraz zamek Godollo. Do Wiednia
przyjeżdżała tylko na specjalne okazje, jak urodziny lub ceremonie religijne.
Gdy Sissi ukończyła 35 lat jej nieco dziwne zachowanie pogłębiło się.
Nie chciała by ktokolwiek był świadkiem zmierzchu jej urody.
Choć nadal była piękną kobietą, zaczęła ukrywać swą twarz pod  gęstym
błękitnym  woalem, ukrywać się pod białą parasolką i w miejscach
publicznych kryć się za skórzanym, czarnym wachlarzem.
W 1874 roku, jej siostra Maria, była królowa Obojga Sycylii, zaprosiła
Sissi do swego myśliwskiego pałacyku w Anglii, gdzie  zajmowała się
głównie  zabawami arystokracji i końmi.
Sissi zakochała się w angielskich polowaniach na lisa.W ciągu następnych
dziesięciu lat odgrywała przed światem rolę "królowej amazonki", wydając
krocie na zakup bardzo drogich koni i braniu udziału w najbardziej znanych
polowaniach.
W kwietniu 1879 roku para cesarska obchodziła  swe srebrne gody. Z tej
okazji pozowali do oficjalnego portretu. I był to ostatni ich wspólny
portret.
Franciszek Józef w niczym nie przypominał siebie  sprzed lat, a stojąca obok
Sissi wprawdzie nadal zachowała swą urodę i figurę ale jej smutna, poważna
twarz świadczyła, że nie czuła się szczęśliwa.
Dla nikogo na dworze nie było tajemnicą, że małżonkowie nie dzielą ze sobą
sypialni i żyją w wielkim oddaleniu. Ale Franciszek nadal był zakochany
 w swej żonie i nie potrafił jej niczego odmówić.
Sissi, by rozweselić samotną egzystencję cesarza zgodziła się, żeby aktorka
Katharina Schratt, dwadzieścia trzy lata młodsza od cesarza została jego oficjalną
metresą.
Rok 1886 bardzo niepokoił cesarzową. Intuicyjnie wyczuwała, że spadną na
nią jakieś  nieszczęścia lub umrze.
Przeczucia zaczęły się spełniać. Jej ukochany krewniak, Ludwik II Bawarski
( zwany Ludwikiem Szalonym) został znaleziony martwy w jeziorze Starnberg.
W trzy lata pózniej, 30 stycznia dosięgnęła cesarzową straszliwa wiadomość-
jej jedyny syn, Rudolf, popełnił samobójstwo w swym pałacyku myśliwskim
w Mayerling. Obok niego znaleziono zwłoki jego kochanki, siedemnastoletniej
Marii Vetsery, węgierskiej arystokratki, z którą miał gorący romans.
 Rudolf miał trzydzieści lat i był żonaty, z rozsądku, z belgijską księżniczką
Stefanią.
Cesarzowa po śmierci syna rozdała swe ubrania i wspaniałe klejnoty pomiędzy
swe córki i najwierniejsze damy.
Od tej pory nosiła tylko stroje żałobne, a twarz chowała za czarnym wachlarzem.
Nigdy nie pozwoliła się sfotografować ani sportretować.
Po ślubie swej najmłodszej córki Marii Walerii  stwierdziła, że czuje się zwolniona
ze wszelkich obowiązków i zacznie  swój " lot mewy".
Zakupiła statek parowy "Miramar" i pływała właściwie  zupełnie bez celu,
losowo wybierając kierunek.
Sześćdziesięcioletnia Elżbieta przemierzała świat dręczona żalem, nie mogąc
nigdzie znalezć ukojenia.
Podróżowała pociągami z ponad 60 kuframi, apteczką z lekami, kataplazmami,
flaszeczką morfiny i strzykawką do kokainy.
Była w Portugalii, Maroku, Algierii, na Malcie, w Grecji, Irlandii, Turcji, Egipcie,
Hiszpanii.
Na Korfu kazała wybudować spaniałą willę Achilleon. Był to jej okres pasji
greckiej, studiowała grekę i tłumaczyła na ten język dzieła Szekspira i
Schopenhauera, sama też sporo pisała.
W 1890 roku zebrała swoje dzieła w dwóch tomach, które trzymała w kufrze
i poleciła by w 1950 roku zostały one przekazane prezydentowi Konfederacji
Helweckiej i opublikowane, co zostało uczynione.
Ostatnie lata spędziła w  Szwajcarii spoglądając na swe umiłowane Alpy.
Nie mogła już wędrować i jej główną rozrywką było kupowanie zabawek dla
swych licznych wnucząt.
Nie bywała już w Wiedniu, ale prowadziła z Franciszkiem czułą korespondencję.
Rano 10 września 1898 roku cesarzowa wraz ze swą damą dworu szły do
przystani nad Jeziorem Genewskim. Miały wsiąść na statek płynący do
Montreux. Już były na przystani gdy nagle jakiś mężczyzna rzucił się na
Elżbietę i wbił jej ostry pilnik na wysokości serca.
Sisi upadła, ale natychmiast się podniosła, nie zdając sobie  sprawy  z tego, że
została ranna.
Panie przeszły jeszcze około 100 metrów  i wsiadły na statek.
Już na pokładzie cesarzowa  upadła, a osoby, które udzielały  jej pomocy
szybko skonstatowały, że cesarzowa nie żyje.
                                                      K O N I E C

poniedziałek, 3 lipca 2017

Cesarzowa Elżbieta- cz.II

W marcu 1854, po uzyskaniu dyspensy papieskiej, został podpisany kontrakt
małżeński.
Wkrótce wysłano do Wiednia wyprawę przyszłej cesarzowej.
Spis zawartości 25 kufrów uświadomił wiedeńskim  damom dworu, że Sissi
wcale nie była tym, co uważano za "dobrą partię". Damy dworu uznały ją
za "bawarską księżniczkę bez majątku i pochodzenia".
Przed wyjazdem do Wiednia, w sali tronowej pałacu książęcego w Monachium,
w obecności całego dworu, księżniczka Elżbieta zrzekła się swoich praw do
tronu Bawarii.
W końcu kwietnia księżniczka Elżbieta Bawarska w towarzystwie swej matki
i sióstr opuściła Monachium.
Z wielkim żalem żegnała się  ze swymi przyjaciółmi i pejzażami bawarskimi.
Trzydniową podróż do  brzegów Dunaju regularnie przepłakała.
Na brzegu Dunaju czekał na nią i towarzyszące jej osoby rzeczny parowiec
"Franciszek Józef".
Kabina przygotowana dla Sissi była wyłożona purpurowym aksamitem,
pokład statku zamieniono w kwiatowy ogród , na środku którego urządzono
różaną altankę, by młodziutka narzeczona miała gdzie odpocząć.
Wzdłuż Dunaju, aż do Nussdorf na  brzegach gromadziły się tłumy ludzi by
ujrzeć narzeczoną Arcyksięcia.
Po dopłynięciu do Nussdorf wszyscy pasażerowie statku zmienili swe stroje.
Sissi została ubrana w zwiewną suknię z różowego jedwabiu z szeroką
krynoliną, jej ramiona okrywał biały, koronkowy szal, na głowie miała mały
kapelusik.
Nim statek został dokładnie przycumowany do przystani wielce stęskniony
Franciszek Józef wskoczył na pokład statku i na oczach zgromadzonych na
brzegu tysięcy osób, tłoczących się by ujrzeć cesarską narzeczoną, wziął
Sissi w ramiona i z wyrażnym zachwytem pocałował.
Ten tak wysoce  spontaniczny gest wywołał wielki aplauz tłumów.
Większość liczyła, że tak bardzo zakochany w swej narzeczonej cesarz
przestanie być nieugiętym despotą, a szczęście rodzinne skłoni go do reform,
których tak  bardzo potrzebowała ówczesna Austria.
Z trudem torując sobie drogę wśród wiwatującego tłumu  para cesarska
dotarła do złoconej karocy i odjechała do pałacu Schoenbrunn.
Ale życie "na świeczniku" nie jest lekkie - pomimo wielkiego zmęczenia
podróżą, Sissi musiała w Wielkiej Sali pałacu przejść przez ceremonię jej
powitania na dworze cesarskim.
Przez kilka godzin przedstawiano jej kolejno wszystkich członków rodziny
Habsburgów oraz wysokich funkcjonariuszy dworu.
Potem nastąpiła wymiana prezentów ślubnych i umordowana Sissi mogła się
na krótki czas oddalić do swoich pokoi.
Ale czekała ją jeszcze prezentacja jej nowych,wiedeńskich dam dworu. Od
pierwszego kontaktu Sissi poczuła głęboką niechęć do swej pierwszej damy
dworu, Zofii Esterhazy, cieszącej się wielkim zaufaniem  matki Franciszka
Józefa.
Oprócz sekretarza i dam dworu dwór cesarzowej Elżbiety składał się z dwóch
pokojówek, majordomusa, klucznika, czterech  lokajów, służącego i służącej.
Gdy zmęczona Sissi chciała się już położyć spać, pierwsza dama dworu wręczyła
jej zeszyt zatytułowany: "Ceremoniał mający wprowadzić na Dwór Cesarski
Jej Królewską Wysokość, Jaśnie  Oświeconą księżnę Elżbietę Bawarską".
Żegnaj  śnie, żegnaj wypoczynku - musiała dokładnie przestudiować treść by
następnego dnia nie zrobić żadnego fałszywego kroku i by wszystko przebiegło
zgodnie z tradycją, niezmienną od stuleci.
Dwór wiedeński słynął bowiem z tradycjonalizmu.
Ledwie  zdążyła przeczytać tę broszurę, pierwsza dama doniosła dwie następne.
Jedną z nich "Niezbędne przypomnienia" miała się nauczyć na pamięć- zawierała
bowiem wszystkie  szczegóły ceremonii  zaślubin.
Rano modystki i damy dworu przez trzy godziny ubierały i czesały księżną, która
nie była wcale przyzwyczajona do tego, by ją ktoś tak obsługiwał.
Od tego dnia każdy następny ranek jej życia tak miał wyglądać.
Ślub odbył się po południu 24 kwietnia w kościele Augustianów a udzielił go
arcybiskup Wiednia.
Była to okazja do ukazania światu potęgi cesarstwa austriackiego.
Wnętrze kościoła zostało oświetlone 15 tysiącami świec.Wysokie kolumny
przystrojono draperiami z czerwonego aksamitu.
Franciszek Józef wystąpił w mundurze marszałka polnego, na jego piersi błyszczały
liczne ordery.
U jego boku stała Sissi, w delikatnej , haftowanej złotem i srebrem białej sukni
z długim, koronkowym trenem.
W upiętych do tyłu włosach połyskiwał diadem z brylantów i opali należący
przedtem do arcyksiężnej Zofii. Jej pierś ozdabiał bukiecik świeżych róż.
Ceremonia  zaślubin była długa i męcząca i choć Sissi wyglądała pięknie, z jej
twarzy nie schodził smutek.
Sissi miała nadzieję, że po tych wszystkich uroczystościach będzie się mogła
zaszyć w swych komnatach i uwolnić od ciągłej obecności obcych osób.
Niestety szybko przekonała się, że  straciła to wszystko, do czego była tak
bardzo przyzwyczajona w Monachium- straciła własną wolność.
Zyskała za to zaciętego wroga w osobie swej ciotki-teściowej, która , podobnie
 jak i reszta dworu śledziła jej każdy krok, gest, uśmiech i wszystko co odbiegało
od przyjętej na tym dworze etykiety ostro krytykowała.
Tu niemal wszystko było zabronione- Sissi nie mogła sama spacerować nawet po
pałacowych korytarzach. Jazda konna była dozwolona tylko w towarzystwie
którejś z dam dworu. Nie mogła wybrać się do miasta na zakupy, nie mogła pić
piwa do posiłków, nie mogła nawet okazywać nadmiernego miłosierdzia.
Swych uczuć wobec własnego męża też nie mogła okazywać publicznie  nie
mówiąc o tak niestosownym  geście jak objęcie go.
Cesarz, wychowany przez swą wielce apodyktyczną matkę nie mógł wcale
pojąć, czemu Sissi zle się tu czuje.
Matka wychowała go w zupełnym odizolowaniu i zrobiła z niego młodzieńca
świadomego swych obowiązków jako cesarza . Był skrupulatny, uporządkowany,
nieśmiały i skromny.
Wszelkie niedogodności etykiety  przyjmował jako nieodłączny element swego
stanowiska i cesarskiej rangi.
Był niezmiernie pracowity, wstawał codziennie o czwartej rano i nie opuszczał
swego gabinetu aż do póznego wieczoru.
W ciągu kilku miesięcy oboje odkryli, jak bardzo się od siebie różnią.
Ale do końca życia naprawdę kochał Sissi, ani na moment nie rezygnując ze swej
roli konserwatywnego i wszechwładnego cesarza.

Stosunki Sissi z ciotką-teściową pogorszyły się  bardzo, gdy okazało się że
cesarzowa jest w ciąży. Kontrola nad jej każdym krokiem wzmogła się, zakazano
jej spędzać czas z papugami ( bo dziecko może być podobne do papugi),
zabroniono też by ulubione owczarki niemieckie cesarzowej przebywały jak dotąd
w jej pokojach.
Nakazano natomiast by eksponować jej rosnący brzuch pokazując go narodowi.
Na próżno Sissi szukała wsparcia u swego męża -  nie miał dla niej zupełnie czasu,
bowiem  całą jego uwagę pochłonęła wojna krymska.
Siedemnastoletnia Sissi urodziła córeczkę - dużą i zdrową.
Na chrzcie dano jej imię Zofia, nie uzgadniając tego z Sissi. Arcyksiężna Zofia
była teraz ciotką- teściową dla Sissi i babką-matką chrzestną dla swej wnuczki.
W następnym roku Sissi urodziła kolejną córkę, która otrzymała imię  Gizela.
Młoda cesarzowa  promieniała radością z powodu narodzin córek, ale jej mąż
oczekiwał jednak  dziecka płci męskiej- wszak należało przedłużyć ród.
I znów w życie małżeńskie Sissi wkroczyła teściowa-  uznała nagle swą synową
za zbyt młodą by we właściwy sposób wychowywać swe dzieci i sama się nimi
zajęła, wybierając dla nich mamki i lekarza, zgodnie z własnym "widzi mi się".
Umieściła dzieci tuż obok własnej komnaty,w pokoju pozbawionym okien, by nie
było w nim przeciągów.
A Sissi powiedziała, że ona ma wypełniać obowiązki wobec własnego męża
i narodu a nie tracić czas na wychowanie potomstwa.
Po kilku miesiącach rozłąki z dziećmi, z którymi nigdy nie mogła nawet pięciu
minut pobyć sama, bez towarzystwa nianiek i dam dworu swoich i ciotki,
Sissi zaczęła popadać w depresję.
Wówczas Franciszek Józef po raz pierwszy  podważył decyzję swej matki i
dziewczynki wróciły pod opiekę Sissi.
W 1857 roku para cesarska musiała się wybrać w podróż na Węgry, która
miała trwać aż cztery miesiące. Sissi nie chciała na tak długo rozstawać się
z dziećmi i wbrew sprzeciwom  teściowej postanowiła zabrać je ze sobą.
Oczywiście w podróż jechał również lekarz dziewczynek, nianie i mamki.
Podróżowali statkiem po Dunaju a kiedy szykowali się do odwiedzenia
węgierskich prowincji, dwuletnią Zofię nagle zaczęła męczyć wysoka
gorączka, biegunka  i wymioty.
Lekarz  uspokajał Sissi, że to wszystko przez wyrzynanie się kolejnych zębów,
niestety w ciągu następnych dni stan dziecka się pogorszył i po dwunastu
godzinach agonii dziecko zmarło w ramionach Sissi. Na tyfus.
Para cesarska natychmiast przerwała podróż i wróciła do Wiednia , gdzie
w krypcie kapucynów została pochowana maleńka Zofia.
W sierpniu następnego roku cesarzowa urodziła swe kolejne dziecko - syna.
Radość z powodu tych narodzin  była niezmierna.
Cesarz, w dowód wdzięczności, podarował swej żonie wspaniały naszyjnik
z trzema sznurami pereł.
A noworodka, który otrzymał imię Rudolf, mianował pułkownikiem wojsk.
Radość panowała nie tylko na  dworze- cieszył się też lud, który otrzymał
spore datki. Jak widać metoda Xmamony+  zawsze się spełniała owocując
poparciem dla  władzy.
Gdy wszyscy dookoła byli szczęśliwi i radośni, Sissi   przeżywała trudne
chwile. Poród był nadspodziewanie ciężki i skomplikowany.  Bardzo długo
wracała do sił, a lekarz, z  uwagi na jej osłabienie, zabronił by  sama karmiła
dziecko.
Podczas tych długich tygodni gdy tak wolno wracała do zdrowia, jej siostry,
za którymi tak bardzo zawsze tęskniła, jedna po drugiej wychodziły za mąż.
Najpierw Helena, odrzucona kiedyś przez cesarza Franciszka Józefa,  mając
dwadzieścia cztery lata  poślubiła z miłości księcia Maksymiliana Thurn und
Taxis , jednego z najbogatszych i najpotężniejszych w kraju.
Po niej Maria Zofia, zaręczyła się z księciem Franciszkiem II   Burbonem,
dziedzicem Królestwa Obojga Sycylii. W styczniu 1859 roku odbył się
ślub per procura. Maria Zofia Bawarska ani nie znała ani nie kochała swego
męża. Poznanie go też jej nie uszczęśliwiło-  Franciszek był człowiekiem
słabym i fizycznie i intelektualnie, a Królestwo Obojga Sycylii zostało
w pewnej chwili przyłączone do Włoch i przestało istnieć i małżonkowie
tułali się po świecie.
Cesarz Franciszek Józef nigdy nie rozmawiał z żoną o polityce, ale ona
zdawała sobie sprawę, że niepokoje w prowincjach włoskich i na Węgrzech
mają wpływ na politykę wewnętrzną Austrii.
W roku 1859 gdy Dominia Habsburgów były zagrożone a wątpliwe talenty
strategiczne cesarza ściągnęły na jego wojska straszną i krwawą klęskę,
cesarz wyruszył z Wiednia, by osobiście nadzorować operacje na froncie.
Sissi pod nieobecność męża , podenerwowana i  załamana, całkowicie
porzuciła swe oficjalne obowiązki i wiodła bardzo dziwne i niezdrowe życie.
Bardzo mało spała, miewała różne lęki, uprawiała rygorystyczne posty,
całymi godzinami jezdziła konno i na długie  godziny zatapiała się w myślach.
Jedyną jej pociechą była korespondencja z mężem- pisywali listy do siebie
codziennie.
I choć cesarz wciąż zapewniał ją o swej wielkiej miłości i błagał by się nie
smuciła i nie  zamartwiała, Sissi nadal unikała wszystkich wspólnych posiłków,
kontynuowała swoje głodówki, godzinami galopowała konno.
Nastroje w Austrii były ponure , popularność cesarza malała z dnia na dzień,
Sissi nadal godzinami  galopowała konno a nawet ćwiczyła skoki przez
przeszkody, cesarz wciąż pisał do  żony listy mające podnieść ją na duchu,
do Austrii napływały  tysiące żołnierzy rannych lub chorych dla których
już brakowało miejsc w szpitalach, powstawały lazarety w pałacach, kościołach
i klasztorach. W swym pałacu w Laxenburgu Elżbieta też utworzyła lazaret.
O kolejnych  klęskach ponoszonych przez cesarza dowiadywała się z gazet.
Była głęboko przekonana, że winę za wszelkie niepowodzenia cesarza na
niwie polityki międzynarodowej ponosi jej teściowa, która de facto sterowała
synem.
Sissi raz odważyła się udzielić mężowi politycznej rady - żeby jak najszybciej
podpisał pokój z Napoleonem III, by dalej nie wykrwawiać narodu.
Cesarz radę zignorował i wyraził swe niezadowolenie, że Sissi wtrąca się
do polityki.
W końcu i tak Austria podpisała pokój z  Francją tracąc Lombardię i na krótko
tylko zachowując Wenecję.
A cesarz Franciszek Józef  pod naporem wewnętrznych sił zaaprobował akt
prawny mający być pierwszym krokiem do ustanowienia rządów parlamentarnych
i nadania cesarstwu konstytucji.
Sissi odsunięta od własnych dzieci, niedopuszczona przez męża do spraw
państwowych , zimą 1859 roku przeżyła pierwszy kryzys małżeński.
Tak bardzo kochający ją mąż zaczął mieć dość ciągłych kłótni pomiędzy Sissi
 a arcyksiężną, cierpiał z powodu swej klęski a ponadto Sissi zupełnie nie 
wywiązywała się ze swych podstawowych obowiązków małżeńskich. Po raz
pierwszy na dworze zaczęto szeptać, że cesarz miewa romanse.
Sytuacja całkiem przerosła Sissi. Nie próbowała dociec ile w tych plotkach
jest prawdy, tylko postanowiła się zabawić.
Wiosną 1860 roku, ona tak stroniąca od wszystkich oficjalnych dworskich
uroczystości, zorganizowała w swoich apartamentach sześć wspaniałych
bali. Na każdy z nich zaprosiła tylko 25 panien i tyluż młodych kawalerów,
wywodzących się z najwyższych sfer, nie  zapraszając jednocześnie ich
matek, tak jak nakazywała etykieta, co było wielkim skandalem.
Poza tym Sissi tak zawsze nieśmiała i zamknięta w sobie zaczęła sama
uczęszczać na bale organizowane w domach prywatnych i często wracała
do pałacu dopiero nad ranem.
Cały wiedeński dwór miał o czym rozprawiać- omawiano ze zgorszeniem
jej zamiłowanie do jazdy konnej, do skakania konno przez przeszkody,
o uporze noszenia tak ciasno zawiązanego gorsetu, że aż dostawała zadyszki
i duszności, o jej ciągłych głodówkach, dziwnym zamiłowaniu do psów
i papug, o kupieniu dla swojej córki Marii Walerii małpki, która biegała
swobodnie po salonach.
Ale Sissi nie ustawała w swych "dziwnych" pomysłach.
W swoich apartamentach zainstalowała różne urządzenia gimnastyczne-
kozioł, obręcze i drabinki żeby codziennie godzinami ćwiczyć.
Poprosiła również dżokejkę z wiedeńskiego cyrku, by ta ułożyła jej listę
ćwiczeń pomagających utrzymać ciało w odpowiedniej kondycji i
elastyczności.
Trzy porody w ciągu  zaledwie czterech lat, trauma związana ze śmiercią
córeczki, stałe nieporozumienia z teściową i dworskie intrygi oraz troska
o losy siostry Marii, Królowej Obojga Sycylii , rygorystyczne głodówki po
każdej ciąży  by jak najszybciej wrócić do nienagannej figury i dość dziwna
dieta, którą stosowała podkopały jej  zdrowie.
Często odczuwała zawroty głowy, migreny, nudności i zmęczenie, często
gorączkowała, cierpiała na bezsenność, była apatyczna.
Sissi nie jadała warzyw i owoców, poza pomarańczami. Byłe okresy, gdy jej
jedynym pożywieniem był krwisty befsztyk, ulubionym zaś napojem surowe
mleko.
Czasami objadała się ciastkami, co wnet równoważyła ścisłą głodówką.
Sissi miała 172 cm wzrostu a ważyła zaledwie pięćdziesiąt kilogramów,
a obwód jej talii wynosił zaledwie 46cm.
Przyzwyczajona od dzieciństwa do dalekich wędrówek czuła ciągłą potrzebę
ruchu.
Oderwana nagle od tego wszystkiego co kochała i lubiła, wtłoczona w ramy
etykiety  wiedeńskiego dworu męczyła się i fizycznie i psychicznie.
Tuż przed swymi dwudziestymi trzecimi urodzinami była o krok od
całkowitego załamania nerwowego.
                                                              c.d.n.