drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 13 grudnia 2017

Info

Wczoraj się dowiedziałam, że mój młodszy wnuczek choruje na bardzo dziwną,
nową i  mało znaną chorobę, czyli zaburzenia w konstrukcji szkliwa zębów.
Pierwszy objaw jest bardzo mylący, bo ząb dziecka  wygląda tak, jakby to
były początki  próchnicy. I taką diagnozę stawia 95% stomatologów, bo mało
kto z nich słyszał o tym schorzeniu.
W tej chwili w Niemczech trwają bardzo intensywne badania by ustalić co może
być przyczyną tego zjawiska. Bo występuje ono w środowiskach, w których
 rzadko występowała dotąd próchnica- a więc u dzieci które regularnie i
prawidłowo dbają o higienę zębów, są prawidłowo odżywiane od pierwszych
chwil życia. Leczenie takiego zęba tak jak zęba  dotkniętego próchnicą nie
daje żadnej poprawy, ale wręcz szkodzi- taki ząb szybciej się rozleci.
Oczywiście intensywne badania przyczynowo- skutkowe trwają, ale to bardzo
długotrwały proces. Wiadomo, że dotyka głównie zęby stałe i zaczyna się
w chwili tworzenia się zawiązków  zębów stałych.
Naukowcy podejrzewają, że owa wadliwa  struktura szkliwa może być
spowodowana którymś środkiem chemicznym, który jest dopuszczony do
spożywania. Przecież niemal to wszystko  co jemy i pijemy to chemia -
mniej lub bardziej szkodliwa.
Oczywiście przypadek sprawił, że u młodszego wykryto tę anomalię -
gdy starszy był w klinice stomatologicznej z powodu ropnia okołozębowego,
przejrzano i ząbki młodszego- ot tak, w ramach profilaktyki. I teraz młodszy
jest pod ścisłą obserwacją a na  tym ząbku ma specjalną nakładkę.
Nie wykluczone jest, że wiele dzieci ma te zaburzenia w  strukturze szkliwa,
ale skoro wygląd zęba wskazuje  na "zwyczajną" próchnicę, to nie wykluczone
jest, że to wcale nie jest próchnica a właśnie owo dziwne zaburzenie.
No cóż, na razie tyle wiem- jak coś nowego "wypłynie" - doniosę.

wtorek, 12 grudnia 2017

Navigare necesse est, vivere non est necesse

Zakładam, że nie każdy jak ja musiał się  w liceum zmagać z łaciną, więc
oto tłumaczenie:
"Żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością".
To wcale nie jest głupie- chcesz  żyć to buduj statki, żegluj, poznawaj, handluj,
zdobywaj nowe terytoria.
 Wczoraj, wciąż jeszcze  na wpół żywa,  obejrzałam program , dzięki któremu
poznałam 10 najlepszych i najciekawszych  dawnych statków .
Okazuje się, że nasi przodkowie byli wielce pomysłowymi konstruktorami-
budowali statki transportowe ale i tworzyli flotę wojenną i to całkiem niezłą.
Już 1000 lat temu długie, szybkie i bardzo zwrotne statki Wikingów
przemierzały odległe morza i wiele rzek. Miały płaskie dno i wystarczało im
zaledwie 90 cm wody pod dnem łodzi, by mogły pływać. Tył i przód okrętu nie
różniły się od siebie  budową, więc statek bez dodatkowych manewrów mógł
w razie potrzeby opuścić niegościnne wybrzeże.Wyposażone w żagle
i wiosła osiągały prędkość 30 km/godz. Najprawdopodobniej już na 500
lat przed Kolumbem dopłynęli do Ameryki, a w 885 roku Wikingowie oblegali
Paryż. Po blisko rocznym oblężeniu Wikingowie  odstąpili od oblężenia
zabierając ze sobą 350 kg srebra w charakterze trybutu.
Wyobrażacie  sobie jak pięknie musiały te łodzie wyglądać na Sekwanie?

Nawet nie podejrzewałam, że chińskie  dżonki były pierwszymi statkami
wyposażonymi w  grodzie. Ba,  nie podejrzewałam także, że po chińskich
rzekach pływały  statki- fortece. Były to olbrzymie płaskodenne barki,
którym napęd dawały - pedały. Żołnierze rytmiczym marszem w miejscu
napędzali tę pływającą budowlę.
Największa z nich była pięciokondygnacyjna i  mogła pomieścić niemal
całą ówczesną  chińską armię.
Barki przemierzały chińskie rzeki pilnując porządku w cesarstwie budząc
zarówno podziw  jak i strach.
Jednym z ciekawszych statków floty wojennej był koreański statek geobukseon.
Był to statek opancerzony metalowymi płytami, które dodatkowo były
wyposażone w kolce, zwykle schowane pod rozłożonymi na wierzchu
słomianymi matami.Dzięki tym kolcom i płytom statkowi nie straszny był
jakikolwiek abordaż.
Dziób statku zdobiła metalowa głowa smoka, z której w czasie walki wydobywał
się trujący dym a na pokładzie  dziobowym stały  beczki z płonącą smołą.
W czasie jednej z bitew morskich 12 geobukseonów bez najmniejszego trudu
pokonało 30 japońskich statków wojennych.
 tak właśnie wyglądał statek geobukseon, czyli statek żółw


Grekom też nie brakowało ciekawych pomysłów konstruktorskich.
 Ich  triery, długie na 38 metrów, wysokości 7 metrów i szerokości zaledwie 4
metrów zabierały na pokład 170 ludzi. Wioślarze byli ustawienie w trzech rzędach,
ale do dziś nie  rozwiązano zagadki dotyczącej wiosłowania- czy wioślarze byli
ustawieni w pionie, czy też może trzech wioślarzy obsługiwało jedno wiosło.
Ale jedno jest pewne- pod Salaminą triery przegrały bitwę.
Chyba wszyscy kojarzycie kim był Kaligula.To ten  cesarz rzymski, który rządził
Rzymem w  latach 37-41 nowej ery, syn Germanika.
Postać kontrowersyjna, której wszelakie złe cechy objawiły się po przebytej
bardzo ciężkiej chorobie. Dzisiejsi medycy są zdania, że mogło to być zapalenie
opon mózgowych.
Kaligula lubił pławić się w przepychu i nakazał wybudowanie dwóch wielkich
statków- jeden z nich był statkiem- świątynią, drugi przestronnym statkiem
turystycznych- ot takim ekskluzywnym liniowcem  jak... Titanic.
W obu wykorzystano najnowsze wynalazki, które "odkryto" na nowo wiele
wieków pózniej.
Statki posiadały pompy zęzowe oraz pompy tłokowe do ciepłej i zimnej wody.
Dysponowały ogrzewaniem podłogowym, miały kotwice wykonane z żelaza.
Miały nawet ruchome rzeżby,  wprawiane w ruch przy pomocy łożysk
kulkowych.
Oba te wspaniałe statki, z nieznanych nam przyczyn,  zostały zwodowane na
wulkanicznym jeziorze Nemi., 20 km na wschód od  Rzymu.
Od wieków wiedziano, że na dnie  jeziora spoczywają "jakieś wraki" ale dopiero
operacja osuszenia jeziora w latach 1928-29 pozwoliła na odkrycie tych dwóch
statków.
Nad wrakami statków Kaliguli zbudowano muzeum, które niestety podczas
działań wojennych zostało zbombardowane. Włosi winią za to Niemców, Niemcy
Amerykanów a muzeum- diabli wzięli.
I tak, dzięki chorowaniu znów dowiedziałam się czegoś ciekawego.
Szkoda tylko, że od tego oglądania jakoś nie wyzdrowiałam;(

piątek, 8 grudnia 2017

Najnowsza moja.....

....mikstura.
Kochani, zamiast dziękować każdemu z osobna, to dziękuję Wam wszystkim-
Wasze życzenia zmobilizowały mnie do:
1.Położenia się do łóżka zaraz po odwiezieniu Krasnala do szkoły, co nastąpiło
   około  godz.8,15
   Przespałam (ku wielkiemu zaniepokojeniu męża) aż do godz.15,00.
   Nie wiem jak jest u innych, ale ilekroć coś mi nawala, sen jest dla mnie
   podstawowym lekiem.W każdym razie obudziłam się nie tyle zdrowsza co
   nieco bardziej przytomna. Postanowiłam nawet, że wybiorę się do lekarza, ale
   gdy zmierzyłam sobie temperaturę (35,9 a normalnie mam 35,1) , obejrzałam 
   gardło z fantastycznym  ropnym nalotem na prawym migdałku i sięgnęłam do
   zasobów pamięci w swoim osobistym, biologicznym komputerze ( tzn.mózgu),
   zrezygnowałam z tego pomysłu, bo zaraz stanął mi przed oczami horror, który
   przeszłam po ostatniej kuracji antybiotykowej.
    Pomysł z pójściem do lekarza został SKREŚLONY.
    Nigdy więcej tego horroru o nazwie rzekomobłoniaste zapalenie jelit.
2. Własnego pomysłu kurację zaczęłam dziś rano, zakładając, że godzina 10,00
     to jeszcze rano.
    Potrzebowałam do niej bardzo dojrzałego, rozpacianego banana, cynamon,
     imbir, kurkumę, czosnek i miód.
    "Rozciapcianego" banana wymieszałam starannie z łyżeczką cynamonu,
     łyżeczką kurkumy,łyżeczką imbiru, łyżeczką miodu i zmiażdżonym ząbkiem
     czosnku.
    Nie jest to z pewnością coś, co każdy by zjadł z rozkoszą, ale dało się zjeść
    i to nawet bez odruchu wymiotnego.
    Jak na razie to mniej już kaszlę, a nalot na migdałku mam zamiar zlikwidować
    płukanką z mocnej czarnej herbaty i łyżeczki sody czyszczonej. Wg pewnego
    speca od medycznych zastosowań sody czyszczonej po kilku płukaniach tą
    mieszanką nalot zniknie. Sprawdzimy.
Ową bananowo-przyprawową miksturkę dziś powtórzę jeszcze 2 razy i przez
najbliższe dwa dni nie dam się wyrzucić z domu na żaden spacer .
Wszak to głównie od świeżego powietrza  wyginęła pewna potężna armia a nie
od tego, że siedzieli w domach.

środa, 6 grudnia 2017

;) ;) ;)

Jestem chora.
Kaszlę, głosu nie mogę z siebie wydobyć, gardło mam  calutkie  zaropiałe.
I nie mam temperatury. Fenomenalne.

niedziela, 3 grudnia 2017

Trzy w jednym, czyli....

...mój eksperyment kulinarny. I to już kolejny.
Tym razem składnikami dania są:
500 gram mielonego mięsa wieprzowo-wołowego,
3 marchewki starte na grubej tarce,
10 łyżek stołowych suchego ryżu, u mnie  długoziarnisty,
3 całe jajka,
kostka bulionowa, ulubione przyprawy, czyli u mnie łagodne curry,
sól,
olej kokosowy lub masło klarowane do smażenia,
bułka tarta do panierowania kotletów a dla bezglutenowców może być:
mąka jaglana, mąka z ciecierzycy, skrobia  ziemniaczana lub bezglutenowa
tarta bułka. Jak widzicie wybór szeroki.
A więc zaczynamy:
1, ścieramy na tarce z dużymi otworami marchewki.
2. gotujemy ryż z kostką bulionową.
3. gdy ryż pochłonie już większość wody dodajemy do niego startą
    marchew i gotujemy aż do całkowitego wyparowania wody, co nie
    zajmuje więcej niż 5 minut.
4. odstawiamy garnek z ryżem by jego zawartość wystygła.
5. mielone mięso przekładamy do dużej miski, wbijamy do niego 3 całe
    jajka, dodajemy przyprawy i długo i dokładnie wyrabiamy.
5. ostudzony ryż z marchewką dodajemy do mięsa i znów starannie wyrabiamy,
6. w razie potrzeby dodajemy sól, ale  pamiętamy, że ryż gotował się razem
    z kostką bulionową, więc z tą solą nie należy przedobrzyć.
7. formujemy nieduże kotleciki, obtaczamy je w panierce i  smażymy z obu stron
    na rumiano. Ja smażyłam na oleju kokosowym.
Z tej ilości składników wychodzi całkiem sporo kotlecików, u mnie 14 sztuk,
więc w dniu ich zrobienia podajemy je po prostu smażone.
A następnego dnia robimy do nich ulubiony sos BEZ MĄKI i je w nim
odgrzewamy. Można też, jak ja, zamrozić je i w  dowolnym czasie spożytkować.
U mnie te ulubione sosy to pieczarkowy lub pomidorowy, czasem koperkowy.
Jeśli ktoś lubi gęstszy sos, to zagęszczamy go skrobią ziemniaczaną , która
w Polsce zupełnie od czuba nosi nazwę mąki kartoflanej. A prawdziwa mąka
kartoflana jest o wiele  ciemniejsza i nie taka śliska  gdy ją rozetrzeć w palcach.
Do kotlecików podajemy dowolną surówkę.
No to smacznego życzę!
Tak się prezentują pierwsze  cztery z czternastu kotlecików

sobota, 2 grudnia 2017

Koncert

Niestety tym razem dzieci nie śpiewały w gmachu  berlińskiej Filharmonii.
Na koncert jechaliśmy w zupełnie przeciwny koniec miasta-my mieszkamy na
południu Berlina, koncert odbywał się w odległej północnej dzielnicy miasta.
Jechaliśmy długo, aż dwoma  autobusami a potem jeszcze trzeba było nieco
podreptać.
Idąc minęliśmy cmentarz, ale nie był to cmentarz tak zatłoczony jak niemal
wszystkie warszawskie cmentarze.
Właściwie wyglądał jak  nieco opuszczony park, w którym tu i ówdzie były groby.
Za tym cmentarzem, w dużym ogrodzie stała gospoda .
Przy wejściu do ogrodu stali muzycy w strojach Mikołajów  i na 4 różnych
instrumentach dętych wygrywali świąteczne melodie. Dalej, blisko gospody,
rozstawione były kramy z produktami typu "hand made" - były tu różne, czasem
dość dziwne wyroby- np. uwite z  cienkich patyków... wianki, torby na zakupy
uszyte z  różnokolorowych materiałów, czapki robione  na drutach, przeróżne
"durnostojki", ciasta domowego wypieku. Poza tym było i coś na ząb:
berlińskie hot dogi, czyli cienkie  białe kiełbaski przypieczone na rumiano,
umieszczone w dość pokaznej bułce oraz pieczarki smażone w całości, podawane
z dwoma różnymi dipami, cienkie gofry z nutellą, kawa, cola,  herbata oraz
gorąca czekolada. Jako konsument "bezglutenowy" zakupiłam dla siebie porcję
pieczarek z  dipem. Były pyszne, bo smażone w całości, więc zachowały swe
walory smakowe. Trochę się ze mnie  mąż nabijał, że jak prezes konsumuję ze
styropianowego talerzyka.
Okazało się, że ten koncert jest koncertem charytatywnym, na rzecz dzieci i
osób dorosłych z  zespołem Downa.
Podobno często odbywają się takie koncerty i  mają duże powodzenie. Bilety
wstępu nie kosztują zbyt wiele, znacznie taniej niż na regularny koncert.
Przychodzą na te imprezy osoby, na rzecz których jest taki koncert i okoliczni
mieszkańcy. Przy jednym ogniu pieką się dwie pieczenie - integracja tych co
potrzebują nieco pomocy i zrozumienia z tymi, którzy mogą pomóc i to nie
tylko w wymiarze  finansowym. Już samo spotkanie tych dwóch różnych
grup jest ważne - jedni czują się mniej wykluczeni, drudzy dostrzegają tych,
którym pomoc jest potrzebna.
Chór w którym  Krasnal śpiewa  przeżywa co jakiś czas trudny okres, bo część
jego uczestników już ukończyła szkołę podstawową i uczęszcza do gimnazjum,
więc skurczył się ich  czas, który mogli przeznaczyć na  próby i występy.
Teraz też jest taki właśnie okres i ze starego "naboru" pozostała szóstka dzieci,
między innymi nasz Krasnal.
A te nowe dzieciaki to jeszcze "malizna", głównie sześciolatki i przeważają
dziewczynki.
Ale coś mi się widzi, że niedługo Krasnal też zrezygnuje, będzie miał jednak coraz
mniej czasu. Już teraz sporo czasu zajmują mu dojazdy do i ze szkoły. A gdy już
będzie w gimnazjum to i zajęcia w szkole będą trwały dłużej i będzie więcej nauki.
Jadąc dziś przez miasto jak zawsze podziwiałam fasady starych, przedwojennych
domów. Jak przyjemnie  jechać ulicą wzdłuż której stoją domy o różnych
fasadach, każdy inny.
Co prawda spoglądając na okna  podzielone listewkami na małe kwadraty lub
prostokąty pomyślałam, że takie okno niezle daje  w kość gdy trzeba je myć, ale
niewątpliwie ma wiele uroku.



piątek, 1 grudnia 2017

A więc...

....jesteśmy zameldowani w Berlinie.
Przyjechaliśmy do urzędu nieco wcześniej, ale, jak twierdził zięć, ta linia
autobusowa, którą mieliśmy dotrzeć na miejsce jezdzi dość nieregularnie choć
wg rozkładu jazdy to co 5 minut. Tym razem jednak , zapewne na  naszą cześć
autobus  przyjechał  zgodnie z rozkładem jazdy.
Trochę było czekania, ale warunki były dobre- duża sala, pełno miejsc siedzących,
dwa ekrany pokazywały który numer  i do którego pokoju jest wzywany.
Pani urzędniczka bardzo sympatyczna, nie miała żadnego kłopotu z odczytaniem
naszego nazwiska ( a jest ono  niewątpliwie testem na inteligencję i dykcję),
jej klawiatura wyposażona była w polskie znaki, a pani bystro zauważyła, że nieco
nietypowa jest końcówka mego nazwiska, bo w polskim żeńska  forma kończy się
na literę "a".
Formalności od chwili złożenia druków do wydania karty meldunkowej trwały
 "aż" 10 minut.
 Na froncie łazienkowym od dziś stagnacja- rano, w ciągu pół godziny dwóch
"nowych" panów zainstalowało prysznic. Zainstalowali i zniknęli.
Znów ciut nakurzyli, bo musieli wywiercić jedną dziurę w glazurze.
Teraz będzie oczekiwanie na tę szklaną ściankę, bo ona jest robiona na
zamówienie. A to może potrwać 10 do 14 dni.
I pewnie znów jacyś inni panowie będą ją instalowali. Jak dotąd to przez
naszą łazienkę przewinęło się trzech panów od demontażu, jeden od układania
płytek i dwóch od zamontowania baterii prysznicowej.
A w Polsce zrobiłby  to jeden facet - uniwersalny fachowiec.
No a skoro tyle jeszcze trzeba czekać to się wzięłam za dokładne umycie
calutkiej łazienki, łącznie  z jej wyposażeniem. Pył był nawet wewnątrz
zamkniętych szafek więc się narobiłam sporo.
Z rozpędu "obskoczyłam" i resztę mieszkania a teraz padam ze zmęczenia.
Skoro już mamy zameldowanie to teraz prześlemy je wraz z  właściwymi
dokumentami do tutejszej Kasy Chorych i założymy sobie konto w banku.
Zięć się śmieje,że jeszcze  trochę a poprosimy o azyl. Kto wie? Nigdy nic
nie wiadomo;)
Następne zdjęcie łazienki będzie gdy już zainstalują tą ściankę.

czwartek, 30 listopada 2017

Trochę się zmieniło....

....i dziś wygląda tak:
Ale chociaż byście mnie  zabili, to nie wiem co będzie jutro,
bo jutro jedziemy się meldować. Mamy nawet wyznaczoną godzinę
stawienia się przed obliczem urzędnika. Trzymajcie kciuki o 10,40
A przedtem trzeba odstawić starszego do szkoły. Zięć twierdzi, że jutro zapewne
jak co dzień przyjdą po 8,00 monterzy i zrobią "biały montaż" (cokolwiek to
znaczy).
Czyli my pojedziemy do urzędu a tu będą sobie urzędować panowie monterzy.
Próbowałam się dowiedzieć coś na temat tej szyby i tego skosu.
Dowiedziałam się tylko tyle, że szyba będzie sięgała zapewne do dwóch ostatnich
płytek podłogi i żadnych drzwi ani "skosu" nie będzie potrzeba. No i że okno jest
plastikowe, więc nic mu się nie stanie i nie trzeba go niczym zasłaniać.
No a na tę szybę to pewnie się poczeka z 10 dni.
Ślubny już wymyślił, że przecież mamy ze sobą folię malarską, więc się z niej
zrobi prowizoryczną zasłonę i będzie się można kąpać.
Zaczynam się zastanawiać, czy to nie on był pierwowzorem  do Dobranocki
z serii "Pomysłowy Dobromir".
W sobotę   jesteśmy zaproszeni  na koncert Starszego. Zdjęć nie będzie, nie
wolno pokazywać dzieci w internecie.
A teraz idę zebrać kolejną porcję pyłu w łazience - pan majster doszlifowywał
dziś nieco płytki podłogowe, więc znów wszystko  zapylone.

środa, 29 listopada 2017

Ciąg dalszy "dokumentacji".....

.... jak powstaje nasz brodzik.
Brodzik to chyba mało precyzyjna  nazwa, może raczej jak powstaje coś  niby
kabina prysznicowa w miejscu wanny.
Dziś pan majster dotarł o godz. 8,30  i natychmiast zamknął się w łazience.
Wczoraj wieczorem musiałam praktycznie calutką łazienkę umyć, bo wszędzie
było pełno drobniutkiego pyłu. Majster po prostu przemył łazienkę tylko pod 
kątem podłogi, żeby nie roznosić po całym mieszkaniu brudu. Ale pył był
wszędzie- na wszystkich powierzchniach, nawet w środku szafek.
No i nie ukrywam- narobiłam się, bo po każdym przetarciu czegoś  ścierką,
należało ją starannie wypłukać.
I chyba dobrze zrobiłam , bo facet się zorientował, że łazienkę z lekka
wypucowłam i dziś, gdy miał przycinać płytki schodził 3 piętra w dół i kurzył
na podwórku.
Poza tym dziś musieliśmy wyjść z domu o 14,00, więc powiedzieliśmy, a raczej
 napisaliśmy na kartce informację, że musimy wyjść o 14,00, więc ma do wyboru:
1. wyjść i zatrzasnąć za sobą drzwi
2. zaczekać na nas, ale my będziemy dopiero po  godz.15,00
Gdy wróciliśmy prawie 20 minut po trzeciej majstra już nie było, a łazienka tak
wyglądała:

Jak widać płytki już położone, jest spory skos w stronę odpływu
wody (ta rynienka na dole po lewej) i przygotowane jest podłoże do
ułożenia terakoty. Jak już będzie położona terakota pan majster wymierzy
jakiej wielkości ma być ta płyta szklana i skos.
Bo nie będzie żadnych drzwi, płyta będzie miała zamiast drzwi skos.
Teraz każdy może sobie wykombinować jak to będzie wyglądało.
Naprawdę nie wiem, czy ta płyta będzie "w całości z owym skosem" czy
ten "skos" będzie jakoś dostawiony do niej? Pytałam zięcia, ale jego język
polski, gdy przestał się go uczyć, uległ znacznej  degradacji i nie mogłam się
z nim dogadać, a córki nie ma- wyjechała służbowo.
Ślubny co jakiś czas wchodzi do łazienki, przystaje obok tego miejsca po
wannie i coś sam do siebie mruczy. Musi biedak mruczeć sam do siebie, bo ja
stwierdziłam, że nie wiem jak i co będzie,  więc niech mi głowy nie zawraca.
Co będzie to będzie. I tak będzie wygodniej niż z wanną, bo po ostatniej jego
kąpieli pod prysznicem cała łazienka też była "wyprysznicowana" no i pewnie
się domyślacie kto ganiał ze ścierą po łazience.
Wiadomość z ostatniej chwili - kocham mego smartfona, bo mogę nim robić
zdjęcia i na dodatek przesyłać je mailem- wtedy mam tę frajdę za darmo.
To że są  zdjęcia to frajer- sukcesem jest to, że umiem to zrobić!;))))

wtorek, 28 listopada 2017

Łazienka w trakcie przeróbki

Dziś o 8,15 rano wkroczył do nas kolejny budowlaniec- tym razem główny majster.
Zamknął się  wraz z klamotami w łazience no i się zaczęło : stukanie, pukanie,
wiercenie.
Po ponad dwóch godzinach zmagań z materią wyszedł z łazienki i coś szybko
zaszwargatoł- moja głupia mina uświadomiła mu, że ma do czynienia z mocno
 niekumatą babą, więc uniwersalnym  migowym pokazał na swe usta i nimi
poruszył, że niby je, potem na zegarku pokazał, że ma pól godziny przerwy,
więc jak któreś z nas chce, to może skorzystać z łazienki.
I rzeczywiście wrócił za pół godziny i do godziny 15,00, bez przerwy w tej
łazience działał.
W międzyczasie przyszła pani architektka, która robiła ten projekt, wymieniłyśmy
uśmiechy i pomachałyśmy sobie niczym dwie lalki Barbie.
Poszwargotała z panem majstrem, pooglądała, znów wymieniłyśmy uśmiechy
i poszła.
O godzinie 15,00 pan majster poskładał wszystko, przeleciał szmatą podłogę,
zapowiedział, że rano znów będzie o 8,15 i zniknął, zostawiwszy za sobą
podest do brodzika.
To czerwono-czarne "coś" to są podkładki pod kolana pana majstra.
Największy ubaw miałam gdy po wyjściu majstra mój ślubny
usiłował odgadnąć jak to będzie dalej wyglądało. Jedno, co jest pewne,
to fakt, że na lewej ściance będzie umocowany prysznic a na dole
będzie odpływ. Podłoga w brodziku będzie też z tych antypoślizgowych
płytek , które są w tzw. antracytowym kolorku i jest nimi wyłożona
podłoga w łazience.
Nadal nie wiem jak w końcu ten brodzik będzie wyglądał, bo obiło mi się
o uszy, że ma być tylko jedna ściana szklana i nie słyszałam nic o jakichś
drzwiach do kabiny.Wygląda na to, że to będzie super nowoczesna kabina,
w której jedną  ze ścian będzie...okno, a parapet będzie robił za półkę.
Przecież ja tam zamarznę zimą!!!!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Zaczęło się......

.....przerabianie łazienki.
Dziś  bladym świtem pojawił się pan, a raczej jeden z panów, który będzie nam
przerabiał łazienkę.
Oniemiałam z lekka, bo gdy otworzyłam drzwi, stał przede mną uśmiechnięty
miły młody człowiek , w czyściutkim, wręcz wyprasowanym ubranku
roboczym, z tajemniczą walizeczką w dłoni.
Przedstawił się, zostawil w  łazience ową walizeczkę, wyszedł z naszego
mieszkania i za chwilę  wrócił z ochraniaczmi na podłogę w przedpokoju i  na
posadzkę w łazience,  które starannie rozłożył.
Potem przeprosił, że będzie trochę hałasu i zniknął w łazience, zamykając za sobą
starannie drzwi. No i było trochę hałasu, ale dość umiarkowanego.
Po jakimś czasie wyszedł stamtąd i oznajmił, że przez 10 minut nie będzie
w mieszkaniu wody, ale tak naprawdę nie było jej pewnie z 5 minut. Potem
przyszedł drugi pan i razem wytaszczyli z łazienki wannę.
Około godz. 8,15 przybył mój zięć, któremu pierwszy z panów przedstawił
szczegółowy grafik prac, które będą tu prowadzone.
Mało tego, zapewnił mego zięcia, że będziemy się mogli  każdorazowo
umawiać o której rano ma on rozpocząć u nas pracę, co nam  wszystkim bardzo
ułatwi życie, bo od jutra mamy "szychtę" - odwożenie do i przywożenie ze szkoły
starszego Krasnala, bo jedno z rodziców wyjeżdża na kilka dni.
Podobno w następną środę praca ma być już zakończona.
Krasnale powiedziały memu zięciowi, że w tym roku to będą fajne święta bo
będą obie babcie i dziadek i będzie wesoło. Nie tak jak w ubiegłe święta, gdy
była tylko jedna babcia, a my nie przyjechaliśmy, bo dziadek trenował życie
z przepukliną wymagającą operacji.
Na razie Krasnale z wielkim zapałem trenują pieczenie kruchych ciasteczek,
zdobionych kolorowymi polewami.
Te ciastka mają  dziwną cechę - okropnie szybko i niepostrzeżenie znikają.
A wczoraj Krasnale ćwiczyły robienie kolorowych galaretek owocowych.
Zima idzie- wczoraj wskoczyłam w  kurtkę puchową i jakoś wcale się nie
zgrzałam.
Ludzie, jak ja nie lubię zimy w mieście!!!!!

czwartek, 23 listopada 2017

Skleroza chyba mnie dorwała....

.... bo piszę Wam o zakupach, sklepach, kilometrach podłóg w mieszkaniu, a nie
napisałam o tym, że byłam w psim raju.
Tak naprawdę ów psi raj mieści się w jednej z dzielnic Berlina, Grunewaldzie.
To duża dzielnica, w której  obok sporej ilości bardzo eleganckich i ładnych
willi jest las i są jeziorka. I w tejże dzielnicy, przy  Lassenstrasse znajduje się
polska ambasada. W drodze do psiego raju przejechaliśmy ową ulicą.
Willa jak wiele innych w tej okolicy.
 Do psiego raju można spokojnie dojechać samochodem.
 Można zostawić samochód na płatnym parkingu, ale można też ustawić się
wzdłuż  drogi, podreptać trochę wzdłuż lasu, wejść na leśną ścieżkę i potem
iść przed siebie kilometrami.
 Zaraz za parkingiem zaczyna się psi raj.
Przyjeżdżają tu chyba wszyscy berlińscy posiadacze psów. Niewiele psów chodzi
na smyczy.
Przeważnie piesy są wytresowane i grzeczniutko idą obok swego właściciela.
Często jedna osoba podąża z dwoma lub trzema psami tej samej rasy. Przeważają
psy duże, lub bardzo duże.
Krążą  te psiska spokojnie pomiędzy ludzmi  grzecznie, spokojnie, czasem
się obwąchują, czasem przechodzą obok siebie bardzo obojętnie.
Większość z nich jest wysterylizowana, więc hormony nie buzują i nie ma mowy
o jakiejś agresji. Młode psiaki, te jeszcze nieco głupawe chodzą na  uwięzi często
wpadając pod nogi swych właścicieli.
W dawnym dużym pałacu jest czynna restauracja, w przypałacowym ogrodzie jest
bar piwny ze stolikami "pod chmurką".
Piwo wypite pod chmurką jest tańsze od  tego wypitego w restauracji, mimo tego
wiele osób ze swoimi pupilami wielkości cieląt woli posiedzieć wygodnie pod
dachem.
Psy są chyba już przyzwyczajone do bywania w eleganckich restauracjach -
z godnością korzystają z miski wody, potem układają się przy nogach właściciela.
Niektórym się wydaje, że są malutkie i pchają się na kolana. Najbardziej rozczulił
nas pewien długowłosy owczarek briard, który  swym wyglądem przypominał
stóg zabłoconego siana.
Co chwilę usiłował swój utytłany w  błocie łeb ułożyć swemu panu na kolanach,
ale pan wyraznie nie chciał mieć ubłoconych spodni i nie pozwalał psu na to -
psina  za każdym razem ów zakaz kwitowała cichym, żałosnym piskiem.
Pomyślałam, że gdyby mój pies tak prosił to pozwoliłabym mu ten brudny
łeb położyć na moich kolanach. Nie jeden raz byłam utytłana przez swego
ukochanego jamniora.
Psów w restauracji było niemal tyle samo co ludzi, choć nie wszyscy przecież
byli z psami, ale  z dziećmi, jak my.
Odwiedziliśmy też psie kąpielisko, ale  było dość  chłodno i w wodzie taplał się
tylko jeden ogromny nowofundland.
Opuściliśmy ten psi raj, pojechaliśmy w inny koniec  lasu,a tam też było wiele
osób z psami.
I wśród tylu psów spotkałam tylko jednego jamnika i to jeszcze bardzo, bardzo
młodziutkiego, który koniecznie chciał jakimś dzieciakom zabrać piłkę, nie
zrażając się faktem , że piłka była duża i pochwycenie jej w mordkę było
zupełnie nierealne.
Poza tym para bloodhoundów goniła się wzdłuż ścieżki prezentując swe walory
psów gończych. Były prześliczne w tym szalonym pędzie. Te falujące uszyska
i fafle!
W końcu uznaliśmy, że czas wracać do domu, odnalezliśmy  nasz samochód
i wróciliśmy.
Szkoda, że teraz pogoda marna - jednak do spacerów po lesie wolę  więcej
słońca  a mniej wilgoci i wiatru.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Bardzo zwyczajny dzień

Wreszcie mam wszystkie mebelki w swoim pokoju. Dotarła nawet ostatnia mała
komódka, która gdzieś się zawieruszyła w drodze od producenta do nas.
Gdy już straciłyśmy z córką nadzieję, że ona jednak dotrze, pewnego wieczoru
zawitał kurier- prawdziwy brunet  wieczorową porą.
Działanie naszego domofonu mnie z lekka dobija , bo wciąż nie istnieje tak
zwana komunikacja głosowa -dzwonek dzwoni, ale ani ten dzwoniący"ktoś" ani
ja nie słyszymy się. W końcu otwieram drzwi wejściowe budynku "w ciemno"
i czekam, aż ten ktoś wespnie się na moje III piętro i zawsze jest to dla mnie
niespodzianka. Tym razem był to brunet ze sporą paczką w objęciach.
Stękając niemiłosiernie postawił mi ją na podłodze w przedpokoju, poprosił
o pokwitowanie i zniknął mi bardzo szybko z pola widzenia.
Gdy usiłowałam przesunąć ją w wygodniejsze miejsce, z paczki zaczęły się
wysypywać części mojej przyszłej komódki.
Nie napiszę, jaką wiązankę z siebie  wyrzuciłam bo by mi pewnie blog kazali
zamknąć.
Ale komódka dała się zmontować i nawet niczego nie brakuje a lekkie
zabrudzenia zniknęły po jej umyciu.
No ale miałam pisać o zwyczajnym dniu.
Zwyczajny dzień zaczyna się mniej więcej około 8 rano, jeśli jest to również
zwykły dzień u mojej córki- czyli taki, w którym są w Berlinie oboje.
Jeżeli jest tylko jedno z nich, dzień robi się  dla  nas niezwyczajny i o 7,30
trzeba odwiezć starszego Krasnala do szkoły, która jest w odległości 4,5 km
od domu. W tym czasie pozostały w  Berlinie rodzic odstawia  na  godz.8,00
młodszego Krasnala do szkoły, która jest na szczęście dość blisko ich domu.
Potem trzeba starszego  ze  szkoły odebrać.
Pierwsze zwyczajne dni polegały głównie na moim przemieszczaniu się
pomiędzy pudłami, załamywaniu rąk, że nie mam gdzie tego wszystkiego
pomieścić, obmyślaniu co można złożyć tymczasem w piwnicy, bo nagle
okazało się, że zapasowe kołdry, poduszki, koce, bielizna pościelowa  są tu
zbędne  i nie mam na  nie  w mieszkaniu miejsca.To nawet brzmi zabawnie
jeśli się  wie, że berlińskie mieszkanie jest o prawie 20m kwadratowych
większe niż było warszawskie. Ale tam miałam w przedpokoju przepastną,
wielką szafę a tu przedpokój mam długi i wąski.
Pomiędzy kuchnią a naszymi pokojami  jest do przebycia 5 metrów, więc
można uznać, że przedpokój może być spacerniakiem, gdy jest pogoda
pod zdechłym Azorem. Po drodze można wpadać do łazienki, której długość
to 4 metry. Kuchnia też jest długości 4 metrów. Wielkość tych pomieszczeń
daje mi popalić gdy muszę je wpierw przelecieć odkurzaczem a potem
potraktować mopem.
A propos sprzątania - panie sprzątające (rodem z Polski) biorą za tę usługę
12 euro za godzinę. I chociaż tu nie ma wykładzin dywanowych, które się
jednak dość długo odkurza, to posprzątanie takiego mieszkania jak nasze
musi zająć przynajmniej 2,5 godziny, bez mycia okien.
Mieszkanie ma wysokie, ozdobne,  białe listwy podłogowe, które nie wiem
po jakie licho mają ozdobnik, na którym świetnie się zbiera kurz.
 Tak wygląda ozdobna listwa przypodłogowa zbierająca kurz

Wszystkie drzwi również są zdobione zbieraczami kurzu.Wygląda to  fajnie,
ale nie ma lekko - trzeba te drzwi co tydzień na mokro przelecieć.
A to zbieracze kurzu na drzwiach

Podłogi u mnie prezentują się tak:
I podłogi te przetrwały jeszcze sprzed  II wojny światowej.To zdjęcie
przedpokoju jeszcze przed "zasiedleniem" przez nas.

A takie ozdobniki mam na suficie w pokojach.

Tak się prezentuje moja zmora, czyli
         lustro w łazience. Ma tylko 2 metry długości i 1,5 metra wysokości.
        Do jego mycia muszę używać drabiny.
        A w umywalce można z powodzeniem wykąpać niemowlę.

Większość domów na mojej ulicy i sąsiednich to budynki z lat dwudziestych
ubiegłego stulecia.



Bardzo miły jest spacer ulicami przy których  stoją budynki wzniesione
na wymiar człowieka a nie współczesne wysokościowce, lub "mrówkowce"
podobne jeden do drugiego jak dwie krople wody.
Kolejne domy są teraz rewitalizowane, są doposażane w windy i centralne
ogrzewanie, likwidowane są piece.
No ale miało być o zwyczajnym dniu . Zwyczajny dzień to również  "wycieczka"
do sklepów, głównie w celach poznawczych.
Dobry, nieduży market sieciowy ( coś jak nasza Żabka) mam tak ze 300 m
od domu. Ma sporo produktów "eco" i nieco bezglutenowych, więc mam co
jeść.Właściwie jest tam tak jak i u nas- oprócz produktów spożywczych jest też
chemia gospodarcza i artykuły pierwszej potrzeby.
Opakowania produktów żywnościowych są zdecydowanie większe niż u nas.
Ostatnio w Polsce kupowałam masło irlandzkie, opakowania 200 gramów.
Zerknęłam na te opakowania- tu są 250 gramowe. Gdy przeliczyłam to okazało
się, że cena masła irlandzkiego tutaj i w Polsce jest taka sama. Drogie jest mięso,
takie na pieczeń. Ale odkryłam, że tu sprzedawane mięso mielone jest naprawdę
dobrej jakości, znacznie lepsze niż to sprzedawane nad Wisłą.
Próbujemy kolejno różne  jogurty, a jest ich tu od groma i trochę.
Dziś degustowałam jogurt grecki z...miodem. Kto wie czy nie zostanę jego
wielbicielką - z płatkami kukurydzianymi "gluten free" bardzo mi pasował na
śniadanie.
Przedreptaliśmy się okazjonalnie do Rossmana- to tak z kilometr od nas.
Sklep olbrzymi- zaopatrzenie niesamowite. Zaskoczył mnie dział spożywczy-
takiego wyboru herbat owocowych jeszcze nie widziałam.
No i oczywiście w celach degustacyjnych wydaliśmy nieco  pieniążków na
nieznane nam jeszcze herbatki. I oczywiście zakupiłam swój ulubiony olej
kokosowy - 500g kosztuje  tak samo  jak nad Wisłą.
Nieco zawiodłam się w dziale kosmetycznym- nie było mego ulubionego
różanego toniku nawilżającego produkcji Garnier'a
Mój mąż, który jest strasznym łasuchem, testuje zawzięcie różne "przegryzki"
do kawy, a ja kupuję za każdym razem inny chleb bezglutenowy by wybrać
swój ulubiony.
Poza tym przydreptują  do nas Krasnale albo my wpadamy do nich i wtedy nie ma
lekko - musimy z  dziećmi grać w różne gry planszowe.
Dziś właśnie minął miesiąc od naszego przyjazdu.






niedziela, 19 listopada 2017

Zaganiany człowiek taki.....

Tyle mi się ostatnio w życiu pozmieniało, że dopiero dziś, czytając post Stokrotki,
dotarło do mnie, że 14 listopada 2008 roku napisałam pierwszy swój post na blogu
"Procontra-anabell".
A potem już poszło i to tak intensywnie, że po jakimś czasie powstał ten blog,
a poprzedni "ożywa" od czasu do czasu, gdy mnie wezmie na folgowanie swym
grafomańskim pomysłom.
To nie żeglowanie niezbędne jest - to pisanie bloga rzeczą niezbędną jest,czego
starożytni nie  wiedzieli.
Dziękuję wszystkim, którzy nadal ze mną  wytrzymują, a wiem, że to niełatwa
sprawa , bo nie jestem najmilszą Bufką pod Słońcem (parafrazując Lato
Muminków).
I proszę, bądzcie ze mną dalej,będę się starała nie zanudzać Was swoimi nie
zawsze  ciekawymi problemami.

sobota, 18 listopada 2017

Nowe doświadczenie......

....czyli wizyta na poczcie.
Musimy sobie założyć konto w banku. Przysięgam,  nie mam bladego pojęcia
co to za bank, ale nasze dzieci są jego klientami, więc niejako automatycznie
my mamy również nimi zostać.
Córka wręczyła nam kilka kartek do wypełnienia i stwierdziła, że teraz musimy
udać się na pocztę, bo na poczcie urzędniczka potwierdzi naszą tożsamość na
podstawie naszych dokumentów tożsamości, czyli paszportów i polskich
dowodów osobistych. W pierwszej chwili pomyślałam, że córka  mówi coś do
mnie w języku swej obecnej ojczyzny, bo zupełnie nie załapałam o co idzie.
Bo na zdrowy polski rozum, co "pani z okienka pocztowego" ma do mojej
tożsamości?
Otóż ma - pracownik poczty jest Urzędnikiem Państwowym i ma dostęp do
danych osobowych mieszkańców UE.
Więc dziś, przed końcem urzędowania pobliskiej placówki pocztowej,
wraz z córką podreptaliśmy na pocztę.
Lokal nieduży, ale jasno, czysto, dwa okienka czynne i ...uwaga- ani jednej
książki z przepisami  kulinarnymi sióstr zakonnych, żadnych pism niemal
świętych, mało tego - ani jednego krzyża, medalika itp.
Gdyby nie spora ilość na regałach wszystkiego co jest przydatne do wysłania
listu, kartki okolicznościowej lub paczki, nie odgadłabym, po doświadczeniach
z bywania w polskich placówkach pocztowych, że jestem na poczcie.
Pani z okienka wzięła ode mnie wypełnione papierki, paszport, zerknęła na
mnie i stwierdziła, że muszę zdjąć czapkę i okulary, bo może wtedy będę
bardziej podobna do  osoby, której zdjęcie figuruje w paszporcie. No ale jak
większość z Was wie, zdjęcie w paszporcie może przedstawiać dowolną
osobę i z zasady nie jesteśmy na nim do siebie zupełnie podobni.
Widząc, że pani się wyraznie biedzi nad rozwikłaniem zagadki czy  ja i ta na
zdjęciu w paszporcie to ta sama osoba, dodatkowo podałam swój dowód
osobisty. Tym razem buzia pani z okienka rozjaśniła się uśmiechem i
radośnie wprowadziła moje dane z dowodu osobistego do systemu.
Po chwili uśmiech jakby się zmniejszył i pani poinformowała moją córkę, że
w systemie nie występuje literka  " ę" , więc musi napisać "e", bez "tego czegoś".
W końcu jakoś pogodziła się z tym faktem i na specjalnym druku musiałam
się podpisać, tak jak w swoim dowodzie, a pani wykazała się zdolnościami
grafologicznymi i uznała wreszcie, że ja - to ja.
Odetchnęłam.
Z mężem było jeszcze zabawniej - wprawdzie pani natychmiast go rozpoznała
na zdjęciu w dowodzie osobistym, ale system wykazał, że jego dowód
osobisty jest przeterminowany. Pani jednak się tylko roześmiała, bo obydwa
nasze dowody osobiste były wydane w tym samym roku, datę ich wystawienia
dzieliło raptem 30 dni.
Pani zgarnęła wszystkie papiórki, które  mieliśmy złożyć w  banku i z miłym
uśmiechem nas pożegnała, życząc miłego popołudnia.
Gdy wyszliśmy z poczty mąż zapytał się córki a co z tymi papierami , które
mamy złożyć w banku?
Papiery przecież wyśle poczta do tego  banku, wyjaśniła mu córka.
Chłopina z wrażenie zaniemówił. No cóż, strasznie dziwna  poczta, prawda?
I nawet grosza za te trudy od nas nie wzięli!
Poza tym okazało się, że w środę bładząc po ulicach Berlina w sumie mieliśmy
wielkie szczęście,bo niemal  natychmiast po naszym przejezdzie tymi ulicami
nastąpiła super awaria wodociągu i olbrzymia rura arterii wodociągowej pękła
i zalała te ulice we Wschodnim Berlinie, którymi wcześniej błądziliśmy.
To coś jakby z cyklu "głupi to ma szczęście";)
A potem piekłam z wnuczkami muffinki. Oni są niesamowici! Jedynym moim
wkładem w trud pieczenia było nałożenie ciasta do foremek, żeby w każdej
foremce była taka sama ilość ciasta. Starszy  (lat 8) oczywiście sam nastawił
piecyk na właściwą temperaturę i poinformował mnie, że piecyk da sygnał
dzwiękowy gdy minie właściwy czas. Potem już tylko wyjęłam z piecyka
gorącą blachę, córka pomadzgała muffinki cytrynową polewą i dzieciaki
w ramach "przekąski" przed obiadem dostały dyspensę na zjedzenie po
jednej muffince.
Wygląda na to , że co tydzień coś się tu będzie piekło;)
Miłej  niedzieli dla Was;)



środa, 15 listopada 2017

Przymusowa wycieczka

Stare przysłowie mówi, że kto nie ma w głowie to ma w nogach.
No i to prawda, choć może nie zawsze skutki naszej bezmyślności obciążają
nasze nogi - często naszą kieszeń.
Wszystkie problemy związane z przeprowadzką tak mnie zmordowały, że
pod koniec zamieniłam się w swoisty automat do składania i pakowania rzeczy
w pudła i ustawiania ich w piramidki. I chyba z tego zmęczenia fizycznego
ogarnęła mnie "jasna pomroczność" i zupełnie zapomniałam o takim
"drobiazgu" jak sprawdzenie, czy mam roaming.
O tym, że go nie posiadam przekonałam się dojeżdżając do Berlina - wybrałam
numer komórki mej córki, a tu wyskoczył, niczym diabeł z pudełka, komunikat:
"MOŻLIWE TYLKO POŁĄCZENIE ALARMOWE NA NR 112".
Zatkało mnie, ale jak ta durna baba wzięłam do ręki komórkę męża i po chwili
na jej ekranie pojawił się taki sam napis jak przedtem u mnie.
 W tym momencie rzuciłam w przestrzeń samochodu mocno niecenzuralne
słowo,  ale jeszcze nie wpadłam w panikę.
No cóż, przyjedziemy, na zaprzyjaznionym kompie zaloguję się do naszego
operatora i sprawę załatwię, bo bez  tych czynnych komórek nie mogliśmy
się zalogować w naszym banku.
Nic z tego, więc teraz, ku przestrodze innych ogłaszam- jeżeli ktoś z Was ma
komórkę  obsługiwaną przez NJUMOBILE to niech przed wyjazdem do któregoś
z krajów UE sprawdzi, czy ma włączony roaming. Jeśli nie to niech natychmiast
to wykona, bo po przekroczeniu  polskiej granicy już sprawa się rypła - nie da się
tej sprawy naprawić poza granicami Polski.
I takim oto sposobem dziś musieliśmy pojechać z Berlina na wycieczkę do Słubic.
Z pomocą pracownika salonu ORANGE łączność została przywrócona.
Przygnębiające wrażenie zrobił na mnie Frankfurt nad Odrą. Pomijam już fakt, że
oznakowanie dróg w tym rejonie  było tak tragiczne, że niemal godzinę straciliśmy
by z przedmieść dotrzeć na most nad Odrą.
Ale prawdziwy koszmar ścignął nas dopiero w drodze powrotnej.
Wracaliśmy jakąś  podrzędną szosą , nie autostradą, co właściwie nam się podobało.
Droga prowadziła wzdłuż wielce malowniczych lasów ubranych w  kolorowe
liście, były po drodze jakieś  jeziorka, mijaliśmy różne miejscowości a ruch był
niewielki.
I tak  majacząc o tym jaka ładna jest ta droga, dojechaliśmy pod Berlin- tu
zaczęły się  tzw. schody-  strumienie samochodów,  utknęliśmy w kilku korkach
i mąż zdał sobie sprawę, że ta droga nie jest dla nas dobra.
Skręciliśmy w pewnym miejscu w lewo i wylądowaliśmy w jakiejś zapyziałej
części dawnego Berlina Wschodniego.
Oczywiście nie mieliśmy pojęcia jak się z tego miejsca wydostać i znależć drogę
do domu.
Żeby było zabawniej, świeżo zakupiony plan Berlina spoczywał grzecznie w domu.
W końcu życie zmusiło nas do skorzystania ze smartfona i wykorzystania go
jako nawigacji. Trochę postaliśmy w korkach, potem wyjechaliśmy na autostradę,
co wydało mi się  czystym nonsensem, potem skierował nas głos na drugą
autostradę, potem na kolejną i wreszcie z ulgą stwierdziliśmy, że jesteśmy na tej
autostradzie, którą trzy tygodnie wcześniej dotarliśmy do celu.
Ucieszyliśmy się niepomiernie, że wreszcie wiemy gdzie jesteśmy.
I stał się nawet cud nad Szprewą - znalezliśmy miejsce do  zaparkowania,
zaledwie kilka kamienic dalej od naszej.



wtorek, 14 listopada 2017

Do trzech razy sztuka

I tkwi w tym jakaś prawda.
 Dziś był trzeci termin, w którym miał być uruchomiony  w moim nowym
miejscu zamieszkania  internet i  jak niniejszym widać- stało się.
Na nowe miejsce dotarliśmy całkiem cało i zdrowo.
Z tym "zdrowo" to może lekka przesada, bo jednak pakowanie i ustawianie
pudeł w stosy dało mi niezle w kość.
Po nocy spędzonej w hotelu wyruszyliśmy w porannej mgle do Berlina.
Na autostradzie spory ruch był właściwie tylko od W-wy do Strykowa, potem
było już dużo luzniej.
Strasznie  nudno jedzie się autostradą, nie ma zupełnie na czym oka zawiesić.
Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że panowie od przeprowadzki już wszystko
poustawiali a  córka zdążyła nas  niemal całkiem rozpakować.
Przeprowadzkarze wyruszyli z W-wy o 5 rano, my znacznie pózniej, gdy już było
widno.
Mieszkanie mamy teraz większe od warszawskiego niemal o 20 m kwadratowych.
Mieszkamy w starej, mieszczańskiej dzielnicy, wokoło same ładne stare kamienice.
Nasza też jest mocno przedwojenna, większość tych domów powstała w latach
1920-1925. Jakimś cudem wiele domów przetrwało naloty dywanowe aliantów, od
kilkunastu lat są systematycznie rewitalizowane.
Mieszkamy na trzecim pietrze, na szczęście w ramach rewitalizacji dobudowano
w budynku windę. Czuję się chwilami jak  krasnoludek, bo mieszkanie ma ponad 3
metry wysokosci, a ja do wysokich kobiet nie należę.
Na szczęście córka zamawiając kuchnię brała pod  uwagę mój wzrost "nikczemny"
i mogę dosięgnąć do wyższej pólki w szafce kuchennej.
Mieszkanie jest usytuowane  na linii północ-południe, mój pokój jest od południa,
męża pokój, kuchnia i łazienka (z oknem) - od północy.
Jak zapewne pamiętacie lubię Berlin i polubilam to miasto już od pierwszej w nim
wizyty.
A teraz kilka "ciekawostek" - nim rzucicie kamykiem w rodzimą administrację i
działanie różnych firm, poczytajcie:
zgodnie z przepisami każdy, kto  zdecydował się zamieszkać w tym mieście ma
obowiązek zameldować się w odpowiednim organie meldunkowym w ciągu  dwóch
tygodni od dnia przybycia, a więc tak naprawdę powinniśmy już być zameldowani.
Ale najbliższy wolny termin w urzędzie to......pierwszy grudnia.
Druga sprawa - módlcie się, żeby wszystkie polskie firmy kurierskie nadal działały
tak jak działają-  od dwóch tygodni pewna duża firma kurierska działająca na tym
terenie nie dostarcza mi paczki- ostatnio okazało się, że tak naprawdę to nie
wiadomo nawet gdzie  jest ta przesyłka, jako że pan kurier trzy razy wpisał do
systemu, że nie zdążył paczki dostarczyć, ale po tym trzecim razie paczka gdzieś
zniknęła- nie ma jej w systemie, nie ma jej w magazynie, nie mam jej również ja.
Paczka się rozpłynęła, a zawierała części szafki z  szufladkami czyli ścianki,
półki i szufladki w częściach, do samodzielnego złożenia.
No i internet - pierwszy termin opiewał dzień 3 listopada, ten termin został
odwołany, bo pan technik zaniemógł,  w następnym podanym  terminie tuż przed
godziną 18-tą zawiadomiono nas, że pan technik nie przybędzie i dziś od rana mój
kochany mąż wściekał się, że dziś też pewnie nic z tego nie będzie.
No ale pan technik przybył, sprawdził, że w gniazdku jest to co powinno być,
reszta czynności przypadła w udziale zięciowi.
Gdy zamawialiśmy przed kilku laty internet w warszawskiej placówce UPC, pan
technik  sam wszystko nam instalował i spędził u nas ładne kilka godzin,
dodatkowo obdarowując nas kablami. Tu nic z tych rzeczy.
Czeka mnie jeszcze jedna frajda - zamiana w łazience wanny na kabinę.
I to już zapewne w następnym tygodniu.
W Warszawie mieszkałam na tzw. "zielonym osiedlu" i codziennie mogłam
zmiatać z loggii tony pyłu. Tu mieszkam nad dość ruchliwą ulicą i nie mam na
balkonie i na oknach nawet 1/10 tego pyłu, co w Warszawie. Mało tego - przestały
mi dokuczać wiecznie zapchane zatoki, a mój mąż, który cierpi na POChP, oddycha
bez trudu i przestał wyglądać jak ryba wyciągnięta z wody na piasek.
A ja doszłam do wniosku, że odległość od epicentrum przykrych wydarzeń ma
swoje bardzo dobre strony - nie oglądam polskiej telewizji i nie zamierzam tego
robić chociaż córka  nam zakupiła coś co się nazywa POLBOX i od dziś można tam
coś oglądać.
I podobno na kompie też mogę to oglądać.
No ale na kompie to ograniczę się do tego co i przedtem, czyli do oglądania Planet+.
Z rzeczy, które mnie nieco martwią to jest notoryczny brak miejsc do parkowania.
Za każdym razem gdy gdzieś  wyjeżdżamy samochodem , wracając musimy
polować na jakieś miejsce.
Gdy wracamy wieczorem do domu, np. od córki (mieszkamy 450m od niej)  to
aż nam szczęki opadają na widok samochodów parkujących na łuku jezdni.
Ale jedno zauważyłam - tu są bardzo uprzejmi kierowcy.
Nie ma problemu z włączeniem się do ruchu, nie trąbią nerwowo gdy ktoś musi
na jezdni manewrować. I większość jezdzi zgodnie z przepisami, czyli 50km/h
po mieście. Pomijam już fakt, że w wielu miejscach ową zawrotną szybkość trzeba
zmniejszać do 30 km/h  (przy przystankach autobusowych i koło szkół).
Piekielnie droga jest komunikacja miejska. Roczny bilet na wszystkie linie kosztuje
700euro.
Co mnie z lekka zdumiało - panie, którym włos posiwiał lub zrezygnował z trwania
na głowie-  bez żadnego mrugnięcia okiem paradują z siwizną lub łysiną.
A propos włosów - mam na głowie włosy o długości 3 lub 4 cm- to w ramach
wyrównywania tego co mi przed wyjazdem fryzjerka "urządziła na głowie".
I chodzę spokojnie z tymi "kłaczkami" do pobliskiego sklepu wypatrując pilnie
swego bezglutenowego pożywienia.
Co do cen - niewątpliwie żywność jest droższa, ale ceny nie powalają na kolana.
A ja zakochałam się w elektrycznej kuchence indukcyjnej. Super sprawa.
Jeszcze nigdy tak mało czasu nie spędzałam przy garach.
Druga moja miłość i to zupełnie  niespodziewana - zmywarka.
Trzecia miłość - całkowity brak  "mechacizny" na podłodze. Mamy w pokojach
i przedpokoju przedwojenne deski, w kuchni i łazience kafelki.
Przelot po podłodze odkurzaczem i mopem co drugi dzień i wszystko lśni.
I nowość dla mnie  -"obżeniono" mnie  ze smartfonem.Podobno to intuicyjnie
się  obsługuje. No nie wiem, moze w podróży zagubiłam intuicję, bo chwilami
 nie wiem co mam robić.
A teraz  pędzę poczytać Wasze blogi. I może uda mi się zgrać z aparatu zdjęcia.



                                         




wtorek, 17 października 2017

I wreszcie.......

....przestanę Was mordować tym swoim pakowaniem.
Już zupełnie nie mam  jak się poruszać po swoim pokoju, ciągle siadam jak
nie na nożu roboczym to na nożyczkach lub taśmie do oklejania pudeł.
Do tego wszystkiego ślubnemu zrobił się wylew w gałce ocznej, więc
dodatkowo muszę starego chłopa pilnować żeby nie pochylał głowy w dół
no i żeby nie podnosił więcej niż 2 kg. I jeszcze pilnować żeby mu 4  razy
na dobę zakraplać oko, bo sam nie potrafi .
Ale już widać światełko w tunelu i mam nadzieję, że wyjście nie jest
zakratowane.
Na poprawę nadwątlonego humoru dostałam zdjęcie dziś zainstalowanej
w nowym miejscu kuchni.







Kolorystycznie prawdziwsze jest drugie zdjęcie.

Niniejszym więc ogłaszam przerwę i słowo daję, że wrócę do blogowania, tyle
 tylko, że nie  wiem kiedy będę miała tam internet.
Mam nadzieję, że w ciągu miesiąca zdołam się zameldować, otworzyć konto
w banku i podpiąć do jakiegoś operatora załapując się na internet, telefon
stacjonarny i to coś co się maca palcem, i czego nie lubię, czyli smartfon.
Optymiści twierdzą, że to wszystko zajmie mi miesiąc, pesymiści zaś sądzą,
że z półtora miesiąca.
Nie mam pojęcia jak to będzie, poza tym mam na to zerowy wpływ.
No i mam  nadzieję, że mój stacjonarny kompik zniesie dzielnie podróż.
Trzymajcie  za mnie kciuki i proszę -nie wykreślajcie mnie ze swoich  blogów.
Do poczytania moi Kochani;)

sobota, 14 października 2017

Słucham i słucham i......

.......nie mogę jednego pojąć.
Otóż nie mogę pojąć w czym gorsi są od pracowników handlu pracownicy
elektrowni,  strażacy, lekarze, pracownicy wodociągów, elektrowni , gazowni,
kolejarze, kierowcy autobusów czy też  prowadzący tramwaje oraz piloci
i służby naziemne..
Nie mogę również znieść mazgajstwa opozycji - przecież to oni, w odpowiedzi
na nowe, genialne przepisy dotyczące handlu w niedzielę powinni  natychmiast
wziąć w obronę tych wszystkich pracowników, którzy  pracują również
w niedzielę.
Pomyślcie jak byłoby super - jeden dzień w tygodniu cała Polska wracałaby
zgodnie do okresu....no chyba średniowiecza.
Nie byłoby w całym kraju energii - zero internetu, zero TV, po zachodzie Słońca
królowałaby wszechwładnie ciemność. Nie oszukujmy się świeczkami nie da się
oświetlić ulic. W miastach mieszkańcy wieżowców wspinali by się po omacku
do swych mieszkań. by otworzywszy drzwi metodą macania wymacać najbliżej
stojącą świeczkę i zapałki.
Wyobrazcie sobie taką niedzielę: budzicie się rano i....w kranie nie ma żadnej
wody, ani ciepłej ani zimnej bo pracownicy elektrowni i elektrociepłowni oraz
"wodkaniarze", podobnie jak wy i handel mają dzień wolny od pracy.
Mycie w misce z zimną wodą, którą przezornie zgromadziliście jeszcze w sobotę.
A jeśli tej wody nie zgromadziliście to figa- ani się umyć ani polać tego co
pozostaje w misce klozetowej po wydalaniu.
Śniadanie - kawa lub herbata z termosu, jedzenie wyciągnięte z  rozmrożonej
lodówki.
W perspektywie macie  obiad w postaci kanapek popity wodą mineralną
lub coca colą. Kolacji już nie musicie jeść, tak będzie zdrowiej.
Kino - odpada, bileterzy, pracownicy kas i operator- mają wszak wolne.
Można za to iść do kościoła. Będzie nastrojowo, bo będą się palić świece.
A potem -no potem można pospacerować- nie wstępując po drodze do żadnej
lodziarni lub kawiarni - wszak nie ma prądu bo elektrownia nie pracuje, a
pracownicy tych placówek też mają wolne. Kioski ruchu, też nieczynne.
W mieście miło i przestronnie- nie hałasują tramwaje i autobusy, metro też nie
pracuje.
Kto ma jeszcze paliwo w baku pakuje się z  rodziną do samochodu i...na każdym
skrzyżowaniu armagedon- sygnalizacja świetlna nie działa.
W końcu dociera do  was, że wyjazd samochodem niczego nie zmieni - w całym
kraju, w  każdym aspekcie życia miasta lub wsi wszyscy mają wreszcie wolne
w niedzielę. Żadnych dyżurów w służbach miejskich.
Co pozostaje? Uważać by przypadkiem w niedzielę nie zachorować- lekarz
to też człowiek i w niedzielę nie pracuje.
Podoba  się Wam taki projekt?
Mnie  bardzo bo będzie wtedy wreszcie sprawiedliwie.
Miłej niedzieli Wszystkim życzę.

czwartek, 12 października 2017

Już za chwileczkę, już za momencik

Muszę się bardziej zmobilizować, bo ostatnio coś zbyt wolno mi idzie pakowanie.
Na dodatek okazało się, że jest  jeszcze kilka spraw do załatwienia w ZUSie i
NFZecie.
A wczoraj życie zmusiło mnie do odwiedzenia  okulistki. Oczywiście na koszt
własny, bo enefzetowska okulistka to mogłaby mi zajrzeć do oczu w styczniu.
Od kilku miesięcy puchną mi górne powieki- nie boli to, nie dokucza w sensie
fizycznym ale jakoś mało ładnie to wygląda.
Byłam u "rodzinnego", ale on tyle wie  na ten temat co i ja, więc zapisał mi jakieś
antybiotykowe kropelki. Pomogło niczym umarłemu kadzidło, powiedziałabym
nawet, że się pogorszyło.
Bo teraz to mi   oczy wciąż łzawią, co jest dość denerwujące.
Pani okulistka zajrzała mi głęboko w te oczy, wspólnie wykluczyłyśmy kilka
przyczyn, wśród nich i tło alergiczne, w końcu stwierdziła, że być może jest to
wynik którejś z chorób, na którą choruję ale jej nie wymieniłam.
Więc się przyznałam cichutko,że jestem posiadaczką Hashimoto - twarz pani
okulistki aż pojaśniała z radochy-  no właśnie, "to je ono!", jak mawiają bracia
Czesi. Bo przy Hashimoto cechą charakterystyczną jest tzw. "obrzęk śluzowaty,
ujawniający się w różnych miejscach.
I że powinnam z tym iść do endokrynolożki, bo pewnie mam znów zbyt  niską
dawkę hormonu.
I wiecie co? pani okulistka zaimponowała mi wiedzą nt. Hashimoto .
Wiedziała nawet to, że powinnam koniecznie brać selen, o czym moja pani endo
nie miała bladego pojęcia i na  moje pytanie  czy mam brać selen stwierdziła,
że pierwsze słyszy by selen coś w tym pomagał i żebym nie brała. No to
odstawiłam selen i jak widać nie był to dobry pomysł.
Porozmawiałam sobie przy okazji o swoim  wyjezdzie. Pani okulistka wyraziła
wysoki poziom entuzjazmu i stwierdziła, że w mojej sytuacji też by to zrobiła.
Przy okazji mi powiedziała, że przeglądając jeden z podręczników swej
wnuczki, która jest uczennicą trzeciej klasy szkoły podstawowej, omal nie zeszła
na zawał - odniosła wrażenie,że podręcznik redagował jakiś zakamuflowany
dżihadysta, bo wszystko sprowadza się w nim do rozbudzenia w dzieciach  super
nienawiści do wszystkich innych, czyli "obcych".
Niemcy- wrogowie bo napadli Polskę i zniszczyli, Rosjanie- wrogowie bo też
 napadli na Polskę a jeszcze wcześniej ją rozebrali.
Najwyższym szczęściem i dowodem patriotyzmu to zginąć młodo w obronie Polski.
No nic  dodać, nic ująć!
I jakby w uzupełnieniu tych "patriotycznych wytycznych", wpadł mi dziś w oko
pewien samochód, który na klapie bagażnika miał taki oto napis:
"Śmierć wrogom  Ojczyzny". Poniżej była powstańcza  kotwica.
Pomijam już drobny fakt, że kierowca popruwał ok. 90km/ godzinę,  jechał po
chamsku, ciągle komuś zajeżdżając drogę a wszystko to miało miejsce na
Ursynowie.
                                                     *****
Jak już wyżej wspomniałam  trochę się  jeszcze nazbierało spraw do załatwienia
i dziś, z duszą na ramieniu, pomaszerowaliśmy do ZUS, lękając się tłumu
klientów i tego, że sprawy nie da się  szybko wyjaśnić.
A sprawa jest nieco "skomplikowana", bo ostatni pracodawca mego męża przepadł
w niewiadomym kierunku i nie raczył przedtem wyrejestrować mego męża z ZUS.
Przez ostatnie półtora roku pracy męża w tej firmie facet nie płacił za niego składek,
a potem cichcem zamknął firmę na zawsze.
Podobno pojechał do WB tam kręcić swe dziwne interesy.
A dopóki mąż nie będzie wyrejestrowany z ZUS to NFZ nie wyda zgody na to by
był objęty państwową opieką lekarską poza Polską.
I tu pełne zaskoczenie- ludzi było tyle co kot napłakał, a pani urzędniczka , gdy
dowiedziała się, że wyjeżdżamy za kilka dni wyrejestrowała mego męża
 w trybie "z urzędu" i dała odpowiednie pismo do NFZ, które jutro tam dostarczę.
Niewiele brakowało bym uściskała  tę panią z radości, ale ograniczyłam się
tylko do wielkich, wielkich podziękowań i zachwytów nad sprawnością
działanie firmy zwanej ZUS.
Tym sposobem załatwiliśmy to wszystko w ciągu 25 minut.
                                                   *****
No to wracam do pakowania, które już mi nosem wychodzi.

poniedziałek, 2 października 2017

Dla tych co lubią....

...opowieści dziwnej treści.
Nie układa mi się, oj nie. Wczoraj przeżyłam koszmarny dzień - oprócz  pakowania
przeżywałam "zgubne skutki braku TV i braku internetu".
A stało się tak, bo niemal 2 miesiące wcześniej napisałam do operatora pisemko,
by mnie odłączono od sieci z dniem 1 pażdziernika.
A dwa tygodnie póżniej, gdy już wiedziałam, że przeprowadzka się opózni, udałam
się do biura obsługi klienta i  zrobiłam na tamtym piśmie dopisek,  żeby mnie
odłączono dopiero w dniu 30 pazdziernika.. No więc oczywiście  pan technik
przeczytał tylko pierwszą część mego zlecenia i mnie odłączył.
Ale się w domu działo!!!!
No i musiałam dziś udać  się do BOK swego operatora z zażaleniem. I jak widać-
poskutkowało. Podłączono  mi wszystko z powrotem.  Co za ulga!
Brak TV mnie nie dotknął, ale brak podłączenia do "chmury" - ogromnie.
A dziś wpadłam na pomysł udania się do swojej stałej fryzjerki i nie był to
dobry pomysł, bo  dziś ona miała kiepski dzień i tak mi spaprała strzyżenie, że
wyglądam gorzej niż wcale. Mam nadzieję, że do wyjazdu jakoś odrosną mi
te pozostałe na głowie kłaki.

Mam miłą i dobrą wiadomość dla kobiet - panowie  naukowcy przebadali przy
pomocy tomografii emisyjnej pojedynczego fotonu ((SPECT) mózgi 119
osób zdrowych i ponad 26 tysięcy pacjentów z różnymi zdiagnozowanymi
problemami psychicznymi, takimi jak: zaburzenia nastroju, schizofrenia,
choroba dwubiegunowa, ADHD.
Ogółem monitorowano przepływ krwi w mózgu w 128 obszarach podczas
czuwania  i w czasie wykonywania różnych testów poznawczych.
I okazało się, że mózgi kobiet są  bardziej aktywne niż mózgi mężczyzn.
Dotyczy to przede wszystkim kory przedczołowej, odpowiedzialnej za
uwagę i planowanie działań oraz rozważania ich konsekwencji. Ponadto
ta struktura sprawuje nadzór nad układem limbicznym związanym z
przetwarzaniem emocji.
U mężczyzn natomiast większą aktywność wykazują obszary kontrolujące
przetwarzanie  informacji wzrokowych i koordynacji ruchu.
No nie wiem po co się tak panowie naukowcy wysilali- i bez takich badań
wiadomo, że płeć piękna to ta bardziej myśląca , wrażliwsza i empatyczna
część ludzkości.

I tak sobie myślę, że panom  naukowcom chyba się nudzi, albo już
pomysłów brak, bo znów  kolejna grupa wielce uczonych po raz kolejny
przebadała Całun Turyński.
Jedno co jest pewne - to jeden z najbardziej wytrzymałych całunów pod
Słońcem , a co najzabawniejsze (dla mnie), to każde kolejne badanie
daje wynik odmienny od poprzedniego. Ogółem rzecz biorąc 50%
wyników głosi, że to falsyfikat, 50% zaś głosi, że to oryginał.
Ciekawa tylko jestem od czego zależą owe wyniki - od koniunktury czy od
składu zespołu badaczy.

No to biorę się znów za pakowanie- kawę wypiłam, więc z powrotem czas
wybebeszać półki i szuflady  i bić się z myślami: brać??? a może wywalić???
Miłego tygodnia Wszystkim;)





czwartek, 28 września 2017

Lojalnie uprzedzam.....

....będzie nudno.
Bo kogo dziś obchodzą obeliski? Nawet te  ze starożytnego Egiptu?
No ale jak tak chwilę się zastanowić, to obeliski, o których chcę napisać są
naprawdę bardzo, bardzo stare i aż dziw bierze, że do dziś jeszcze stoją.
Egipcjanie wierzyli, że monumentalne kolumny, zwane obeliskami stają się
po ich wzniesieniu siedzibą boga Słońca, Ra.
Dla Egipcjan Ra był najważniejszym bogiem, który sam siebie stworzył,
wynurzając się z praoceanu Nun.
Piękna  legenda  głosiła, że w dniu stworzenia świata z czubka wysokiego
kamiennego słupa wyfrunął ptak, w którego została  zamieniona dusza Słońca.
Na jej cześć ułożono hymn, Litanię Słoneczną i wiele innych pieśni.
Ich teksty można jeszcze dziś odnalezć na ścianach na które padały promienie
wschodzącego i zachodzącego Słońca.
Głównym ośrodkiem kultu Ra było Miasto  Słupów, które otrzymało grecką
nazwę Heliopolis, czyli Miasto Słońca.
To tutaj , w połowie III tysiąclecia p.n.e. wzniesiono pierwszy święty kamień
Benben, ułożony z głazów w stożek. Wg naukowców był to prototyp pózniej
wznoszonych kamiennych słupów.
Dla Egipcjan te wysokie słupy będące odwzorowaniem promienia słonecznego
były znakiem niezmiennego porządku i łączyły ziemię z niebem, były też
porównywane z osią świata oraz z Drzewem Życia.
Do czasów współczesnych w  Heliopolis przetrwał tylko jeden granitowy obelisk
z czasów faraona Senusereta I.
Jak niemal wszystkim wiadomo, Egipt był w pewnym sensie "magazynem staroci",
które już w I wieku p.n.e. zaczęto bezpardonowo wywozić.
Najwięcej obelisków trafiło do Rzymu. Pierwszy trafił tu około roku 357 p.n.e
W okresie renesansu  zabytki starożytności były wykorzystywane w architekturze
jako elementy ozdobne, stawiane w miejscach upamiętniających jakieś ważne
wydarzenia lub działalność osób wybitnie zasłużonych.
Po upadku Cesarstwa Rzymskiego część obelisków popadła w zapomnienie, część
uległa całkowitemu zniszczeniu.
Do czasów współczesnych przetrwało  zaledwie 13 tych starożytnych monumentów.

Najbardziej znanym  jest Obelisk Watykański, stojący na Placu Świętego Piotra.
Według zródeł historycznych wiadomo, że  został wykonany w 10 roku nowej ery,
waży 326 ton, ma 25 metrów wysokości i na polecenie cesarza Kaliguli został
przetransportowany do Rzymu.
Na placu Św. Piotra został ustawiony w 1586 roku a do jego montażu zatrudniono
około 1000 osób i 100 koni.
Jako jeden z nielicznych ten obelisk nie jest pokryty hieroglifami, co nieco utrudnia
archeologom prowadzenie badań.
Symbol potęgi  boga Ra jest obecnie znakiem chrześcijańskim i symbolem drogi
człowieka do Boga.


W Londynie też odnajdziemy starożytny, egipski obelisk.
Został wykuty z czerwonego granitu w Heliopolis około 1450 roku p.n.e. w czasach
panowania faraona Tutmosisa III. Wysokość tej kolumny to 21 metrów, waga to
prawie 180 ton i ku radości archeologów cały pokryty jest hieroglifami.
Po obu stronach obelisku znajdują się dwa sfinksy, również rodem z Egiptu.
Obelisk został sprezentowany narodowi angielskiemu przez wicekróla Egiptu
Mehmeta Alego. Prezent niewątpliwie ładny, ale kosztowny, bo cena transportu
przekroczyła 10.000 funtów brytyjskich. Nie obyło się też bez niemiłych przygód,
bo w czasie sztormu w Zatoce Biskajskiej statek z kolumną na pokładzie rozbił się,
zginęło sześciu członków załogi a obelisk został poważnie uszkodzony.
Aby ratować obelisk kapitan zdecydował o zawinięciu do jednego z portów
Hiszpanii,gdzie wykonano niezbędne prace  i obelisk zawitał do Londynu
dopiero w styczniu 1878 roku.
W 2005 roku obelisk  i sfinksy poddano gruntownej renowacji.
Znajdziecie  ten obelisk przy Victoria Embankment, w centralnej części Londynu.


Kolejny egipski zabytek, też prezent od wicekróla Mehmeta Alego  znajduje się
w Paryżu na Placu Zgody. Ten obelisk waży 250 ton, wysokość to ok.23 metry,
wykonany jest z granitu w asuańskim kamieniołomie w XIII wieku p.n.e.
Podróż tego obelisku do Francji trwała....sześć lat i była pełna dramatycznych
momentów. W pażdzierniku 1836 roku nastąpiło uroczyste odsłonięcie kolumny
w obecności paryżan i ponad 200 tysięcy  przyjezdnych.
W samo południe zagrzmiało 10 strzałów z 350 armat, a jeden z marynarzy
ozdobił obelisk  francuską  flagą.
W 1998 roku czubek monumentu pokryto pozłacanym brązem.


Następny obelisk- prezent od  hojnego egipskiego wicekróla, trafił do Central
Parku w Nowym Jorku.
Wykonany w XV wieku p.n.e. stał  niegdyś przed świątynią boga Ra  w czasach
panowania faraona Totmesa III. Pokrywają go hieroglify oddające cześć bogu Ra
i bogu Atunowi, oraz opisy zwycięskich wojen  prowadzonych przez Totmesa III
i Ramzesa II.
Obelisk waży prawie 200 ton, jego  wysokość to 22 metry.
Na swym obecnym miejscu stanął w 1880 roku, a podczas jego montażu
umieszczono pod nim m.in. Konstytucję USA, Biblię, dzieła W. Szekspira oraz
ówczesny plan Nowego Jorku.


Nie jesteśmy gorsi i też posiadamy swój egipski obelisk . Stoi u nas od niedawna
na dziedzińcu Muzeum Archeologicznego w Poznaniu. Nie jest imponującej
wysokości, waży tylko ok.2 ton, wysoki na 3 m, jest wykonany z szarego granitu.
Do naszego Muzeum trafił w 2002 roku z inicjatywy dyrektora Muzeum Egipskiego
i Zbiorów Papirusów w Berlinie - Dietricha Wildunga.
Obelisk pochodzi z miasta Benha leżącego w Delcie Nilu i był poświęcony
miejscowemu bóstwu, krokodylowi Chenti-cheti.
Na bokach kolumny są wykute imiona trzech faraonów z dynastii XIX: Ramzesa II,
Merenptaha i Seta II, którzy panowali w latach 1279 do 1194 p.n.e.
Obelisk nie jest okazały, ale podobno emituje pozytywną energię, a przebywanie
w jego pobliżu poprawia samopoczucie.
Oczywiście to nie wszystkie obeliski, które można znależć w Europie, ale te są
po prostu najbardziej znane.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z  internetu.

wtorek, 26 września 2017

O tym i......

......owym, czyli groch z kapustą.
Nie wiem ciągle  czemu, ale powiedzenie "groch z kapustą" ma znaczenie
pejoratywne.
A tak naprawdę to całkiem niezłe jedzenie, choć może  trudno je nazwać
dietetycznym. Kiedyś jadłam w ramach kolacji wigilijnej.

Okazuje się, że znów przesunęła się data naszego wyjazdu. Jeszcze miesiąc
tu pobędziemy, a tak dokładnie to pokoczujemy kręcąc się pośród już
zapakowanej części pudeł. Delikatnie rzecz ujmując chyba zacznę brać  Kalms
by swe skołatane nerwy nieco ukoić.
Kolejny raz trzeba było odwoływać transport, zmienić termin od którego
będzie wolne mieszkanie, zmienić też rezerwację hotelu, bo ostatnią noc
spędzimy w hotelu - jakoś nie bawi mnie spanie na karimacie.
Nie bawiło mnie w młodości a na starość tym bardziej nie bawi.
"Na pociechę" - moja córka też ma z tego powodu problem, bo zamówione
meble już są gotowe i wylądują w jej mieszkaniu. Producent w drodze  łaski
może je przechować najwyżej 10 dni. A to za mało.
Tyle w temacie przeprowadzki.

Przy okazji wyszło na wierzch, że nasz fiskus to ma w nosie  fakt, że
my wynajmując mieszkanie w innym mieście ponosimy koszty, więc rzecz
biorąc na logikę, zysk który uzyskamy odnajmując komuś  swoje obecne
mieszkanie powinien być pomniejszony o koszty wynajęcia innego mieszkania.
 Otóż nic z tego -fiskusa nie obchodzi, że  my będziemy dla siebie gdzieś tam
wynajmować  mieszkanie- nasza strata, nasza sprawa.
Dla fiskusa ważne by ściągnąć z nas raz na kwartał 8,5% ceny za którą my
odnajmiemy komuś mieszkanie.

Wreszcie  pojęłam sens wcześniejszej emerytury - nie łudzcie się, że to z troski
o ludzi, a o kobiety zwłaszcza. To wstęp do umieszczenia kobiet z powrotem
w domu- niech siedzą w domu  zgodnie z przykazaniami boskimi, niech
służą mężowi, rodzą dzieci a nie pyskują. Program edukacji zmierza do tego,
by przypadkiem któreś z bachorów nie posiadło zbyt dużo rzetelnej wiedzy.
To ma być katolicka młodzież,  z której sobie wychowają nowe, ultra
katolickie społeczeństwo, w którym rola kobiety sprowadzi się do przedmiotu,
a nie podmiotu.
A tak  na końcu- jestem zbulwersowana "nowym" kierunkiem- jeżeli prawo
czegoś zabrania, to zamiast zastanowić się dlaczego, należy podjąć kroki by to
prawo zmienić. Jakieś działanie jest niezgodne z Konstytucją?- nie ma sprawy-
 wystarczy po prostu zmienić  Konstytucję.
I opadła szatka rycerza z p.prezydenta odsłaniając nagą prawdę, która i tak
prześwitywała spod rycerskich szatek.

Podobno będzie jeszcze kilka dni niemal ładnych. I takich słonecznych dni
życzę wszystkim, którzy zostali poszkodowani przez te cholerne  deszcze.
Tym nieposzkodowanym też życzę słoneczka.

wtorek, 19 września 2017

Atrakcje przy.....

.....pakowaniu.
Wczoraj życie mnie zmusiło do przejrzenia dokładnie stosu kartek, karteczek
i karteluszków z moimi różnymi  notatkami.
Czegoż tam nie było !  Na przykład tajemnicze  numery telefonów - sam numer
telefonu i zero informacji czyj to numer. Kretyństwo, prawda?
Mnóstwo przeróżnych przepisów na ciasta, ciastka i ciasteczka i nie mogę się
oprzeć wrażeniu, że żadnego z tych przepisów raczej nie  wykorzystałam, bo
wszystkie z  epoki "kamiennej",  gdy jeszcze konsumowałam gluten.
Pełno adresów internetowych z różnych branż. Cała masa szkiców biżutków,
 z których większości nigdy nie zrobiłam, bo nie wpadłam na to jak to
wszystko razem posplatać by "miało ręce i nogi" i odpowiedni wygląd.
I wpadła mi kartka z tytułem "remanent w lodówce".  Był to przepis, który
natychmiast wykorzystałam:
Składniki:
dowolna ilość kaszy gryczanej ugotowanej na sypko,
dynia, ok. 30-40 dag,
groszek cukrowy, może być mrożony,
1 duża pierś z kurczaka (filet),
sól, curry,kurkuma,  cynamon, ziele angielskie.
Wykonanie:
kroimy w kostkę obraną dynię i wrzucamy ją do garnka z gotującą się
wodą, dodajemy curry,kurkumę, ziele  angielskie, cynamon.Nakrywamy.
Filet kurczaka kroimy na kawałki i wrzucamy do gotującej się dyni.
Po 5 minutach solimy do smaku. Po 15 minutach dodajemy do gara
dowolną ilość zielonego  groszku. Ja dodałam mrożony. Dalej gotujemy.
Próbujemy czy wszystkie składniki są odpowiedniej miękkości, w razie
potrzeby dodajemy jeszcze przypraw, zgodnie z naszymi  upodobaniami.
Na głęboką patelnię typu wok dajemy łyżkę oleju kokosowego, wrzucamy
kaszę, nakrywamy pokrywką.
Gdy kasza już jest gorąca przekładamy do niej zawartość naszego garnka,
wszystko razem mieszamy, trzymamy jeszcze ze 3 minuty na ogniu, 
przekładamy do miseczek i życząc stołownikom smacznego stawiamy na
stole.
W charakterze surówki zrobiłam mizerię.
Wrażenia smakowe mego męża: "jaka smaczna dziś ta marchewka!"
Bo on nie lubi marchewki w postaci "na gorąco".
Tyle tylko, że tam wcale nie było marchewki.
Dziś mam  w planie urzędowanie w piwnicy. Trzymajcie kciuki.

sobota, 16 września 2017

A tu.....

.......widok z mojej loggii.
Dwa tygodnie wcześniej rosło tu całkiem sporo olszówek, zwanych też
w niektórych regionach "krowiakami".
Jakoś zupełnie nie miałam czasu ich "obfocić", no ale te muchomory zmusiły
mnie do przerwania  pakowania, naładowania baterii aparatu i "obfocenia".
Przyznacie, że taki widok 6 km od ścisłego  centrum stolicy może szokować:





Po lewej stronie jest widoczny pień lipy. Te wątłe krzaczki to resztki
żywopłotu z dzikiej róży.
Miłego weekendu!!!! Zimno, ale nie pada!!!!

czwartek, 14 września 2017

Filozoficzne rozważania.....

.....czyli życie jest jak puzzle.
Tyle tylko, że czasami jest niczym zle, lub niestarannie wycięte puzzle i ciężko je
ułożyć.
Ale nigdzie nie jest powiedziane, że zawsze trafimy na dobrze wykonany komplet
kartoników do układania.
Właśnie trafiłam na  takie  wybrakowane pudełko - zmienił mi się nieco termin
wyjazdu.
Niby nic, a przesunięcie terminu wywołało burzę w szklance wody mego ślubnego,
czyli musiałam wysłuchać o milion słów za wiele, choć ta zmiana terminu nie ma
ze mną nic wspólnego.
Zwłoka jest wywołana urlopem jakiejś urzędniczki, która nie ma zastępstwa i
jeden ze świstków nadal nie jest zarejestrowany, tam, nie u nas.
                                                           *****
Dziś maklerka przysłała pierwszą z osób, które zajmują się wynajmem lub
sprzedażą mieszkań. Na jutro już się zapowiedziała następna.
I, tylko się nie śmiejcie, dopiero teraz dotarło do mnie, że raczej szybko, a tak
naprawdę wcale, tu nie wrócimy.
Pomyślałam, że szkoda, że nie mogę się tam teleportować razem z całym
mieszkaniem. Byłoby to prostsze i mniej absorbujące.
Co prawda istniałoby niebezpieczeństwo, że w trakcie teleportacji komuś
mogłyby puścić nerwy i zestrzeliłby nasze M3 wraz z  zawartością.
                                                          *****
Nadal zajmuję się sortowaniem typu "wziąć czy się tego pozbyć", zostawić
czy może wymienić na nowszy model? Biorąc pod uwagę fakt, że dochody
będziemy mieć krajowe, a wydatki w walucie, to rozsądek podpowiada, by
sporo rzeczy  nowych kupić przed wyjazdem. Ale ilekroć podpytuję córę to
zawsze słyszę, że "przecież nie jedziesz do dziczy, tu kupisz". No jasne, do
dziczy nie, ale do strefy euro.
To kolejna zle przycięta układanka.
                                                           *****
Dwa tygodnie temu jedna z moich koleżanek wraz z córką, zięciem i wnuczką,
pomimo padającego co chwilę deszczu postanowili pójść do lasu, bo mała nigdy
nie była w prawdziwym lesie- tam gdzie mieszkają są tylko lasy prywatne i
wstęp do nich jest wzbroniony.
Nie pętali się po żadnych chaszczach, grzybów nie zbierali, tylko wędrowali
szeroką, leśną ścieżką.
Następnego dnia wyjechali do swego wielce cywilizowanego kraju. Wczoraj
koleżanka  dzwoni do mnie zaczynając od  słów: słuchaj, mamy kłopot- po
przyjezdzie ja znalazłam u siebie z boku kolana przyssanego kleszcza, a
drugiego jej córka znalazła przyssanego do skóry we włosach małej.
Moja koleżanka dostała od razu sporą dawkę antybiotyku, bo dookoła tego
ugryzienia już był odczyn zapalny, a ona czuła się jakby miała początki grypy,
małej na razie nie podano antybiotyku, bo w tamtym kraju nie dają dzieciom
antybiotyków "bez powodu". Za 6 tygodni przebadają małej krew w kierunku
boreliozy i dopiero wtedy, w razie potrzeby podadzą antybiotyk.
Co zabawniejsze koleżanka była w tym lesie w spodniach i tenisówkach.
Mój ślubny zapowiedział mi, że mam się wyzbyć planów "wyskoczenia do
lasu" na grzyby.
                                                           *****
"No i to na tyle"  - jak mawiał klasyk gatunku zwanego satyrą.






niedziela, 10 września 2017

Niedziela

Już drugi dzień bez deszczu! I nawet słońce świeci!
A więc można posłuchać zespołu "Poparzeni Kawą Trzy"







Miłej niedzieli ;)

środa, 6 września 2017

Wyraznie jest......

......coraz lepiej.
Zwłaszcza w działaniach instytucji zwanej Pocztą Polską.
Na moje oko wracają czasy, gdy poczta była miejscem, w którym spędzało się
godzinę, a czasem dwie stojąc do okienka pocztowego.
Pamiętam z dzieciństwa,  że najgorsze dla mnie były owe wyprawy na pocztę-
nie dość, że najbliższy urząd  pocztowy był niemal 2 km od domu i trzeba było
do niego przewlec się na własnych nogach, to zawsze był tam dziki, wściekły
tłum.
No ale były to czasy powojenne, stolica pomału dzwigała się z gruzów i każdy
jakoś starał się  zrozumieć sytuację i nie narzekać.
W początkach lat 70 ub. wieku, nadal wyprawa na pocztę  spełniała rolę
czyśćca, zawsze trzeba było stać w  długiej kolejce.
I chyba  miałam jakiegoś pecha do tej instytucji, bo znów miałam do poczty
daleko i znów trzeba było godzinami sterczeć w kolejkach.
W pewnej chwili, na początku lat 80-tych doczekałam się poczty zaledwie ok.
700 m od  domu- poczta  miała nawet dość przestronną salę obsługi i  jakieś
ławeczki  dla wątlejszych klientów, bo nadal trzeba było sterczeć w kolejkach.
Poczta  Polska zaczęła się cywilizować- w ramach owej cywilizacji urzędników
zaczęły wspomagać w  pracy komputery, więc kolejki się  znacznie wydłużyły.
Wyraznie komputery wcale nie przyspieszyły tempa  obsługi, wręcz  spowolniły.
Wreszcie nastąpił przełom-  można było wpłaty regulować nie ruszając się
z domu, wystarczyło mieć komputer, internet i konto internetowe w dowolnym
banku.
Niestety tak się jakoś dziwnie  składa, że paczki ani listu poleconego  ani też
zakupu  znaczka pocztowego nie można dokonać przy pomocy komputera
domowego i trzeba iść na pocztę by....znowu stać w kolejce, jak kiedyś.
"Sala obsługi" na moim osiedlu przypomina połączenie zakrystii z kioskiem
typu   " tu kupisz szwarc, mydło i powidło".
Główne miejsce na ścianie zajmuje - nie, nie  nasze godło,czyli Orzeł Biały, ale
krzyż papieski. Godło jest mało widoczne, na bocznej ścianie. Wszędzie dookoła
leżą przeróżne książki kucharskie z przepisami różnych sióstr zakonnych oraz
cała gama lektur typu jak trafić do Boga i iść z Nim pod rękę przez życie.
Poza tym można tu zakupić każdą  ilość prasy super prawicowej i katolickiej.
Takich "paskudztw" jak "Polityka", " Newsweek" lub "Gazeta Wyborcza" nie
ma. Dodatkowo można kupić przeróżne drobiazgi oraz wyjątkowo brzydkie
kartki pocztowe na każdą okazję -  ślub,  komunia, urodziny, imieniny.
Listonosze awansowali na domokrążców - za każdym razem gdy muszą coś
dostarczyć adresatowi do domu, mają obowiązek coś mu sprzedać - czasem
jest to jakaś pośledniejszego  gatunku karma dla psa lub kota.
W związku z nowymi obowiązkami listonosze zostali wyposażeni  w wózki
zakupowe na kółkach, by wozić w nich - nie, nie przesyłki adresatom, ale
właśnie owe towary na sprzedaż. Bo poczta ma na siebie zarabiać, zdobywać
 klientów.Chyba ktoś w tym kraju nie wie, że nigdzie na  świecie poczta  nie
jest instytucją dochodową i wymaga finansowego wsparcia od państwa.
Adresatowi aktualny listonosz dostarczy  do skrzynki cieniutki list, ale już
nie przesyłkę poleconą, która się do skrzynki nie  zmieści.
Bo skrzynki pocztowe w budynkach mieszkalnych nie strawią przesyłki grubszej
niż 2 cm i większej niż  format A-4.
I wtedy w skrzynce  na listy znajdujemy tylko awizo- minęły czasy, gdy taką
przesyłkę poleconą dostawał adresat do domu.
I tymi "domokrążcami" są  listonosze będący na etacie Poczty Polskiej.
Oprócz tego Poczta Polska ma podpisane umowy z firmami które zajmują się
dostarczaniem  do domów różnych innych przesyłek, zwanych potocznie
paczkami. Na szczęście pracownicy tych firm nie oferują niczego do
sprzedaży - tylko i wyłącznie dostarczają paczki.
Wczoraj musiałam właśnie pomykać na pocztę po niewymiarową przesyłkę
poleconą. w postaci pudełka 5 x 15 cm.
No cóż, życie nie jest jednak romansem;)