drewniana rzezba

drewniana rzezba

wtorek, 22 maja 2018

Cały wczorajszy dzień.......


........chodziła za mną ta piosenka





Nie wiem zupełnie dlaczego akurat wczoraj mi się przypomniała.
Miałam to szczęście, że  poznałam Kalinę będąc nastolatką, a prowadziła ze mną
rozmowę tak jakbym była zupełnie dorosłą kobietą.
Bardzo lubiłam jej głos i piosenki przez  nią śpiewane.
Wg mnie była ozdobą Kabaretu Starszych Panów.
Odeszła od nas w 1991 roku w wieku 61 lat.

sobota, 19 maja 2018

Obejrzałam....

......oczywiście  ślub książęcy.
Nie zrobiłam tego gdy się żenił książę Karol, ślubu księcia Wiliama też nie
obejrzałam.
Ale ten numer  musiałam obejrzeć. W końcu nie było to dla mnie zbyt
wyczerpujące zajęcie, a przy okazji  coś sobie na szydełku podłubałam.
I  przyznam się Wam, że całośc mi się podobała - wszystko zostało zaplanowane
z głową - jak widać nawet obyczaje na dworze królewskim się modernizują.
Świetne było kazanie biskupa z Chicago - barwne, w typie wędrownego
kaznodziei. Podobało mi się, że na tę uroczystość nie zaproszono żadnych
polityków, za to była zgraja przeróżnych  celebrytów, aktorów, sportowców.
Świetny był też pomysł z chórem Gospel.
Szalenie mnie ubawiły dyskusje prowadzone przez polskich dziennikarzy, którzy
co jakiś czas wyrażali swe  zdumienie - a to panna młoda w białej sukni a wszak
jest rozwódką! A książę brody nie zgolił a  wystąpił w mundurze!
No nie wiem, czy w takim razie panna młoda miała wystąpić w białej sukni
we fioletowe kwiatki by podkreślić brak dziewictwa???
A propos sukni - mnie się ona podobała, bo wg moich kryteriów strój ma
eksponować wdzięki panny młodej a nie je przytłaczać swymi ozdobami.
Suknia była skromna, prosta, jej jedyną ozdobą były....panna młoda, tren
i welon.
Era "białej bezy" już minęła, nawet w Polsce coraz mniej jest tego typu sukni,
czego "sprawozdajcy" chyba nie zauważyli.
Skoro królowa Elżbieta II zaakceptowała małżeństwo swego wnuka z "panią
rozwódką", w dodatku z lekka wymieszaną rasowo to znaczy, że "idzie nowe".
Zazdroszczę Brytyjczykom - idą do przodu a nie cofają się w XVI wiek.
Miłej niedzieli dla  Was;)

niedziela, 13 maja 2018

Inny gatunek biologiczny?.


Jak zapewne ogólnie wiadomo coraz więcej rodzin cierpi z powodu kłopotów
prokreacyjnych.
 W krajach "cywilizowanych" przybywa bezpłodnych osób- a spotyka to
w jednakowym stopniu obie płcie. Dodatkowo niektóre kobiety nie są w stanie
donosić ciąży do chwili, w której dziecko będzie mogło samodzielnie
oddychać.  Zdarzają się nawet rekordzistki w tej materii, które mają za sobą
nawet  10 niedonoszonych ciąż , kończących się w drugim trymestrze.
I choć naprawdę wielu lekarzy bada to zjawisko, nadal nie  ma żadnej odpowiedzi
dlaczego tak się dzieje.
Może woda,  może chemia, może smog elektromagnetyczny- spekulują lekarze.
Nie bardzo też wiadomo, dlaczego coraz więcej mężczyzn ma mało żywotne
plemniki lub ich zbyt małą ilość i de facto są bezpłodni.
W końcu nie wszyscy pracują z laptopami na brzuchu.
Na ratunek bezdzietnym parom wymyślono zapłodnienie in vitro oraz banki
 spermy i komórek jajowych.
Nie będę tu pisała o tym jak przedstawia się sprawa in vitro w Polsce, bo nie
mam ochoty się denerwować, a bez zdenerwowania nie da się o tym napisać.
Metod rozwiązania problemu bezdzietności jest na świecie kilka - można
adoptować dziecko, które zostaje porzucone przez swą matkę, co wydaje  się
dość prostym rozwiązaniem. Ale jak to w życiu- sprawy proste i łatwe są takimi
najczęściej tylko z pozoru.
Metoda druga- można próbować zapłodnienia wspomaganego, czyli
ulokowania plemników bezpośrednio w macicy. Czasem ta metoda  się sprawdza.
Gdy już wszystko zawodzi pary zgłaszają się do programu in vitro.
Przedtem należy ustalić materiał genetyczny. Zależnie od istniejącej sytuacji
wariantów jest kilka -  I.komórka jajowa  pacjentki, plemniki jej partnera;
II- komórka jajowa pacjentki, plemniki z  banku plemników,
III- komórka jajowa  z banku komórek jajowych, plemniki partnera
IV- zarodek jest implantowany w macicy surogatki, "komponenty z banku lub
komórka jajowa z banku.
 Gdy już któreś rozwiązanie przyniesie pożądany skutek i na świat przyjdzie
dziecko, wszyscy  oddychają z ulgą.
Pragnęli dziecka i oto wreszcie jest. Małe, śliczne, wytęsknione, ale to
wcale nie jest koniec problemów. One się dopiero zaczną.
 Gdy adoptujemy dziecko nadchodzi czas, gdy trzeba mu o tym powiedzieć.
I to dość wcześnie nim inni (życzliwi) to zrobią za  nas.
Jeśli materiał genetyczny był pobierany od rodziców u których dziecko
się wychowuje- nie ma problemu. Dziecko ma geny ich obojga.
Gdy rodzi się dziecko, którego jednym z rodziców jest biologiczny dawca
komórki jajowej lub plemników, też należy dziecko o tym poinformować.
Zresztą taka informacja jest (w świecie) zawarta w jego akcie  urodzenia.
Po świecie krąży już sporo dzieci  poczętych tą techniką.
I zapewniam  Was, niczym nie różnią się od dzieci poczętych w sposób
"tradycyjny". No może tylko tym, że niektórzy  znają swych biologicznych
rodziców, mają dodatkowy komplet dziadków , kuzynów i cioć.
Więc w czym problem? A no w tym, że w każdej chwili mogą spotkać
i zakochać się w swojej przyrodniej siostrze lub bracie.
Sytuacja ta wynika stąd, że większość dawców oddaje swój materiał
genetyczny wielokrotnie i jest on wiele razy wykorzystany.
Np. jeden z dawców wie, że już żyje 25 jego potomków płci obojga,
a dotychczas poznał już połowę z tych dzieci.
A oprócz tego z wielu zamrożonych zarodków rezygnują ich dotychczasowi
biorcy bo poprzestają na jednym dziecku, a te zamrożone zarodki pozostawiają
klinice do wykorzystania dla innych, pragnących dziecka rodzin.
I teraz trwa dyskusja jak uniknąć związków małżeńskich pomiędzy tak blisko
spokrewnionymi osobami, by  nie doprowadzić do degeneracyjnych zmian.
I znów wraca  problem zamrożonych a nie wykorzystanych zarodków.
I kto wie, czy wobec coraz częściej rodzących się dzieci "z próbówki" nie
trzeba będzie wprowadzić obowiązku badań genetycznych dla par chcących
wstąpić w związek małżeński, by uniknąć potomstwa zbyt zbliżonego
genetycznie.








niedziela, 6 maja 2018

Kilka refleksji.....

.......świadczących zapewne o moim niskim IQ.
Siedzę tu już pół roku a nadal język niemiecki  niewiele się dla mnie różni od
języka chińskiego, choć niewątpliwie w sensie znaków pisarskich jest dla
 mnie o wiele łatwiejszy niż chiński.
I choć podobno wiek nie ma tu znaczenia, zaczynam podejrzewać, że jednak ma.
Nie  mniej nadal mi się tu podoba.
Dokonałam "epokowego" odkrycia- dęby rosnące tuż przy naszym  budynku to
dęby burgundzkie. Rozpoznania dokonałam na podstawie kroju liści i faktu, że
zeszłoroczne liście trwały na  nich niemal do chwili ukazania się nowych
pączków. Pozostałe dęby to takie najpowszechniejsze , które znam z  Polski.

                                  Zdjęcia można powiększyć klikając kursorem na zdjęcie.
 Taki mam widok gdy spojrzę z  balkonu w dół

A taki, gdy spojrzę na drugą stronę ulicy

Tak ogólnie to co kilka dni dokonuję niemal "epokowych odkryć", choć są one
raczej śmieszne  niż epokowe. No ale jaka różnica w brzmieniu!
Odkryłam pewien sklep z sieci tych dyskontowych. Zabawne, bo przejeżdżamy
obok niego przynajmniej  6 razy w tygodniu i wreszcie namówiłam ślubnego
by tam wpaść, bo w ich gazetce reklamowej znalazłam tacę o potrzebnych
mi wymiarach. Co tydzień nam wrzucają do  skrzynki listowej całą furę
przeróżnych gazetek; czytam je w ramach poznawania języka, bo zwyczajnie
jestem  głównie wzrokowcem, więc jest szansa że szybciej słówka zapamiętam.
Przy okazji odkryłam, że w tego typu sklepach naczelną zasadą jest kupowanie
niczym w Polsce w czasach PRL, czyli: jest towar który ci pasuje to bierz, bo
za jeden dzień już go nie będzie. A ponieważ już się od tego typu zakupów
odzwyczaiłam, oczywiście kupiłam tylko jedno opakowanie kawy, którą bardzo
lubię. Gdy trafiłam tam następnego dnia po tej kawie  nie było nawet  śladu.
 Przy okazji za straszliwe śmieszną cenę nabyłam 10 sadzonek begonii stale
kwitnącej i 10 sadzonek aksamitki.
Moje świeżo zasadzone begonijki stale kwitnące

Aksamitki,które spokojnie przetrwają tu całe lato

 Obie roślinki już siedzą w swoich balkonowych skrzynkach- to są roślinki, które
lubią sucho i ciepło- południowa ekspozycja balkonu  i mój talent ogrodniczy
zapewnią im te warunki.
Kolejne odkrycie - w porównaniu z Warszawą- tu wszędzie widać ludzi w wieku
60+. Tu każdy ma zakodowane, że dopóki jeszcze może się poruszać to musi
"wychodzić do ludzi". W jednym z  sąsiednich budynków mieszka pan, który
zapewne jest po udarze- chodzi malutkimi niepewnymi kroczkami, bokiem ,
przy pomocy dwóch lasek- nie kul ani nie balkonika. Nigdy nikogo nie prosi
o pomoc przy przechodzeniu przez jezdnię, czasem ktoś sam, z własnej
inicjatywy go asekuruje idąc obok w jego tempie. Oczywiście nie jest w stanie
pokonać jezdni w czasie jednego  cyklu  zielonego światła, ale kierowcy na
szczęście go przepuszczają nie poganiając klaksonami.
Sklepy i zakupy.
Nie wiem jak jest w innych dzielnicach, ale tu brakuje mi zwyczajnego bazaru,    
gdzie można kupić różne owoce, warzywa a nawet i sznurowadła lub wkładki do
butów.
Na "mojej" ulicy są dwa sklepy typu piekarniczo-ciastkarskiego, ale pieczywo
jest tylko do 11 rano.
Potem już tylko ciasta i ciastka oraz kawa. Jest jeden sklep z różnymi napojami,
w którym króluje piwo, ale wodę mineralną też można nabyć. Na miejscu też się
się można  napić- teraz przed sklepem stoi stolik i krzesełko.
Ciekawostka- niektóre plastikowe butelki są  opakowaniami zwrotnymi, o czym
informuje etykieta na butelce.
Do zwrotu opakowań służy prześmieszna maszyna - wkładasz butelkę, naciskasz
guzik, machina zabiera butelkę, dostajesz kwitek z wydrukiem ile to pieniędzy
ma ci kasa zwrócić. Jak dla mnie - dobre rozwiązanie.
Oprócz tych sklepów jest jeszcze bar sałatkowy, ale ciastka i kawę też mają.
Teraz, gdy już jest ciepło kilka stolików wywędrowało przed sklep.
I to tyle gdy idzie o branżę spożywczą.
Jest kilka punktów napraw różnych elektronicznych urządzeń typu laptopy i są
tam do nabycia różne "drobiazgi" jak kabelki, wtyczki, podkładki pod myszki
i różne inne dziwne rzeczy z tej branży.
Poza tym jest kilka "salonów" fryzjerskich, kosmetycznych, "manikiurowych" -
mam wrażenie, że jak ktoś chce mieć "własny biznes" to otwiera salon
fryzjerski.
Poza tym mam tu dwie restauracje , w tym jedna jest włoska i jeden klub nocny,
czynny do 2 w nocy. No i jest sklep z antycznymi meblami, które zawsze oglądam
z przyjemnością. Jest dwóch optyków, kilku dentystów i kilku lekarzy, oddział
pewnego  banku, szkoła jazdy na motocyklu oraz  jakaś misja katolicka.
Ale nie polska, aż dziwne. Byłam pewna, że mamy monopol w tej branży.
Dobrze mi się tu żyje, chociaż nieco inaczej niż w Polsce.
Ale, wierzcie mi, wcale  ale to wcale nie tęsknię za Warszawą.
No i jak już wiecie- do Ogrodu  Botanicznego mam blisko, tudzież do metra
i kilku linii autobusowych od 200 do 350 metrów od domu.
A dzielnica spokojna, z pięknymi domami, można bezpiecznie wędrować
tymi ulicami nawet pózną nocą...
A wieczorem w pobliskim Volks Parku rządzą króliki i podobno lisy. Króliki
to widziałam nawet za dnia, ale lisów nie.
Miłego   nowego tygodnia dla Was!

wtorek, 1 maja 2018

Berliński Ogród Botaniczny.

Jestem "padnięta" bo trzy godziny spacerowałam po Ogrodzie  Botanicznym.
Nie  będę Wam opisywała  historii  Ogrodu, bo  jeśli ktoś jest zainteresowany to
może wszak zajrzeć do Wikipedii.
Bardzo wiele czasu spędziliśmy w części "szklarniowej" było tam gorąco, dość
duszno i nieco zbyt ciemno, by robić zdjęcia.
Gdy już byłam bliska padnięcia i wreszcie wydostałam się na powietrze, to okazało
się, że zwiedziłam zaledwie połowę tego kompleksu szklarni.
A potem nastąpiła znacznie milsza część zwiedzania.
Berliński Ogród Botaniczny jest trzecim co do wielkości ogrodem botanicznym na
świecie.
I bardzo przemyślnie urządzonym, bo zwiedzający czuje się tu jak w  parku.
Poszczególne części tego parku są podzielone  na strefy geograficzne. Wszędzie
jest sporo ławek, są zaciszne alejki i oczywiście  mnóstwo roślin.

Na wprost od wyjścia z dżungli powitał mnie ten wiosenny widok
A to jest bohater tej wiosny - tulipan w otoczeniu czerwonych stokrotek i nie
mam pojęcia czego jeszcze.Jak ktoś wie, jak się te fioletowe drobiazgi zwą to
niech napisze, proszę
A tu zwyczajne bratki w towarzystwie? no właśnie- ułudki czy może
niezapominajek? A te białe maleństwa to co?

To są pustynne kaktusy, które spokojnie, bez okrycia zimują rok w rok w tym
ogrodzie pod śniegiem.
A jeden to nawet zaczął kwitnąć.Kwiatuszki małe, ale ich nawet sporo.

Spójrzcie uważnie na liście tego tego drzewa - nazywają to drzewo
chusteczkowym z uwagi na te białe jego liście. Trochę trudno było to
sfotografować, bo stałam w jego cieniu.
Potem zobaczyłam  jakąś japońską odmianę peonii o bardzo dziwnym zapachu.
I następne peonie, też azjatyckie, ale  jakoś  nie pachnące.

Trzy kolejne roślinki też pochodzą z odległych  geograficznie rejonów.

A kora tego drzewa bardzo mnie zachwyciła- jeszcze takiej nie widziałam.




Ponieważ to azjatycka część ogrodu, stoi tu taki stylowy pawilon a dookoła
niego kwitną rododendrony.







A tu istne szaleństwo rododendronów. Po raz pierwszy widziałam niebieskie
rododendrony.
Rosły tu również nie  tylko krzewy rododendronów ale i również całkiem
spore drzewa- też rododendrony. I oczywiście widziałam tej wielkości
rododendrony po raz pierwszy. Niestety rosły pomiędzy  innymi drzewami
a do tego w głębokim cieniu, więc  nie robiłam zdjęć.

Wszędzie coś kwitło i prowokowało do fotografowania, ale nie zawsze dało się
podejść dostatecznie blisko, więc jest i takie zdjęcie:



Doszliśmy ze ślubnym do wniosku, że letnie  dni będziemy się starali spędzać
w tym Ogrodzie Botanicznym.
Jest wiele miłych  zakątków, jest kawiarnia a w niej i  dania barowe więc można
zjeść lunch, a do zwiedzania mamy jeszcze ogromne Muzeum Przyrodnicze no i
pozostałe szklarnie i palmiarnię oraz inne części ogrodu.
Poza tym odbywają się tu różne otwarte koncerty oraz pokazy sztucznych ogni.
Z domu autobusem dojeżdżamy w 8 minut a autobus staje niemal na wprost
wejścia do Ogrodu. A z domu do autobusu to raptem 300 metrów.
W czerwcu będzie "impreza" w szklarni  z roślinami wodnymi- ma  tam
zakwitnąć największa lilia wodna świata, zwana Wiktorią Królewską.
W naturze jest to  bylina wodna z rodziny grzybieni, rosnąca w dorzeczu
Amazonki, a jej  liście  mogą osiągnąć  nawet 2 m średnicy. Obecnie ta szklarnia
jest zamknięta dla zwiedzających, a zostanie otwarta gdy roślina zakwitnie.
Kwiat początkowo będzie biały a potem  różowy a może nawet ciemnoróżowy,
na długiej szypułce wystającej nad wodę.

POST  SCRIPTUM
Azalia, rhododendron, różanecznik, bagno  to jedna i ta sama roślina., należąca do kategorii wrzosowatych, rząd- wrzosowce.
Rhododendron to nazwa naukowa tej rośliny,
Odmian jest jak  napluł naliczyłam ich 20, ale  może i jest ich więcej.

A więc  pozostaje mi tylko cieszyc się, że będę częstym gościem Ogrodu 
Botanicznego, bo dowiem się z pewnością wielu nowych rzeczy. 











niedziela, 22 kwietnia 2018

A teraz.....

......plon dzisiejszego  spaceru.
Mam nadzieję, że mnie nie pobijecie, bo to znów moje hobby, czyli ładne
kamienice.
Wędrowaliśmy sobie Bundesallee , potem skręciliśmy w jedną  z bocznych ulic,
a ja, ku utrapieniu ślubnego, co chwilę przystawałam i zupełnie niezgodnie
z jego sugestiami- fotografowałam.




 To bardzo typowa  uliczka i to wcale nie jednokierunkowa . Takich uliczek
w Berlinie jest multum, a te blisko nas są na dodatek wybrukowane kostką,
która bywa  paskudnie śliska gdy jest mokra. Tu jak widać jest asfalt.






Jak widać zdarzają się tu również urocze, małe domy.



 Ta pompa jest czynna, ale woda nie jest przeznaczona do picia.

Tu połączenie dwóch różnych okresów w budownictwie- z prawej budynek
przedwojenny, oczywiście ślicznie  zrewitalizowany.

To jest strona budynku od podwórza. Zainteresowało mnie co jest w tych
półokrągłych "naroślach"- mają one z boku wąskie okienka, a pomiędzy tymi
"naroślami" są wyraznie okna. I tak staliśmy, staliśmy snuliśmy domysły i
nic nie wymyśliliśmy.


Jak widać tu też są kościoły i jest ich całkiem sporo. W środku nie byłam.


 Bardzo mnie rozbawił narożnik tego budynku- miał projektant fantazję.
A poniżej nowy budynek stoi starego.No i chyba nie muszę podpowiadać,
że ten stary to jest z prawej strony;)


A te dwa ostatnie zdjęcia to widok z mego kuchennego okna.
Wiem, że niektóre budynki na zdjęciach wyglądają tak, jakby za moment miały
runąć, ale tak to jest, gdy się robi zdjęcie  stojąc pod budynkiem a nie
z perspektywy. I tak już je nieco "pionizowałam"  w trakcie obróbki, ale nie
jestem wcale z efektu zadowolona. No ale tu wszak biega o fasadę, a nie o pion
budynku.